„Z otchłani” Martyny Senator faktycznie lepsze

/ 05 czerwca


Muszę przyznać rację opiniom czytelników – „Z otchłani” Martyny Senator jest zdecydowanie lepszą książką niż „Z popiołów”. Ciągle to jednak powieść na jedno popołudnie, idealna na zrelaksowanie.

„Z otchłani” to dosyć luźne nawiązanie do „Z popiołów”. Pojawiają się ci sami bohaterowie, jednak teraz akcja powieści skupia się na Kaście – przyjaciółce Sary. Myślę, że spokojnie można po tę książkę sięgnąć nie znając jej poprzedniczki. Niemniej jednak warto ją przeczytać by mieć porównanie i w sumie miło spędzić czas. A Martyna Senator swoimi książkami nie zabiera nam go dużo. 




Z racji, że książki te wpisują się w jedną serię, mamy tu podobny klimat. Cieszę się, że autorka nie zdecydowała się na bezpośrednią kontynuację losów Sary, że nie miesza w tej historii, nie powoduje kolejnych perypetii i na siłę nie szuka sensacji w życiu swoich bohaterów. Teraz poznajemy lepiej Kaśkę – energiczną współlokatorkę bohaterki „Z popiołów”.

Teraz to ona znajdzie się w trudnej, życiowej sytuacji. Po zdradzie wieloletniego partnera będzie musiała poradzić sobie z uczuciami, podjąć decyzję czy jest w stanie na nowo zaufać Adamowi i czy jest gotowa na ewentualny nowy związek. I ta ostatnia opcja przyniesie najwięcej emocji, bo potencjalny wybranek – Szymon, ma swoje tajemnice.

Martyna Senator trochę podzieliła tę powieść. To takie pół na pół narracji Kaśki i Szymona. I doceniam to, że właściwie większą rolę pełni tu właśnie Szymon. 

„Z otchłani” to taki romantyczny dramat z happy endem. To nie zaskoczenie, biorąc pod uwagę historię opisaną w „Z popiołów”. To dalej taka nieco słodko-gorzka powieść, chociaż w porównaniu z poprzedniczką nieco lepiej napisana, pozbawiona tak dużej ilości „słodyczy”, z lepszymi dialogami i chyba mimo wszystko ciekawszymi bohaterami. 

„Z otchłani” to kolejna prosta historia, która może nas nie porwie, ale na pewno zaintryguje. Nie ma tu jakichś fajerwerków, dramatycznych zwrotów akcji – jest historia z życia wzięta i bohaterowie bliscy czytelnikom. Na lekką lekturę, zrelaksowanie i miłe spędzenie czasu – idealna.


Muszę przyznać rację opiniom czytelników – „Z otchłani” Martyny Senator jest zdecydowanie lepszą książką niż „Z popiołów”. Ciągle to jednak powieść na jedno popołudnie, idealna na zrelaksowanie.

„Z otchłani” to dosyć luźne nawiązanie do „Z popiołów”. Pojawiają się ci sami bohaterowie, jednak teraz akcja powieści skupia się na Kaście – przyjaciółce Sary. Myślę, że spokojnie można po tę książkę sięgnąć nie znając jej poprzedniczki. Niemniej jednak warto ją przeczytać by mieć porównanie i w sumie miło spędzić czas. A Martyna Senator swoimi książkami nie zabiera nam go dużo. 




Z racji, że książki te wpisują się w jedną serię, mamy tu podobny klimat. Cieszę się, że autorka nie zdecydowała się na bezpośrednią kontynuację losów Sary, że nie miesza w tej historii, nie powoduje kolejnych perypetii i na siłę nie szuka sensacji w życiu swoich bohaterów. Teraz poznajemy lepiej Kaśkę – energiczną współlokatorkę bohaterki „Z popiołów”.

Teraz to ona znajdzie się w trudnej, życiowej sytuacji. Po zdradzie wieloletniego partnera będzie musiała poradzić sobie z uczuciami, podjąć decyzję czy jest w stanie na nowo zaufać Adamowi i czy jest gotowa na ewentualny nowy związek. I ta ostatnia opcja przyniesie najwięcej emocji, bo potencjalny wybranek – Szymon, ma swoje tajemnice.

Martyna Senator trochę podzieliła tę powieść. To takie pół na pół narracji Kaśki i Szymona. I doceniam to, że właściwie większą rolę pełni tu właśnie Szymon. 

„Z otchłani” to taki romantyczny dramat z happy endem. To nie zaskoczenie, biorąc pod uwagę historię opisaną w „Z popiołów”. To dalej taka nieco słodko-gorzka powieść, chociaż w porównaniu z poprzedniczką nieco lepiej napisana, pozbawiona tak dużej ilości „słodyczy”, z lepszymi dialogami i chyba mimo wszystko ciekawszymi bohaterami. 

„Z otchłani” to kolejna prosta historia, która może nas nie porwie, ale na pewno zaintryguje. Nie ma tu jakichś fajerwerków, dramatycznych zwrotów akcji – jest historia z życia wzięta i bohaterowie bliscy czytelnikom. Na lekką lekturę, zrelaksowanie i miłe spędzenie czasu – idealna.
Kontynuuj czytanie



„Dżozef” to po „Rdzy” moje drugie spotkanie z Jakubem Małeckim. I kolejne bardzo udane spotkanie. 

 Niektórzy określają tę powieść jako męską. I cóż – jeśli brać pod uwagę bohaterów „Dżozefa” to tak, to męska powieść. Jakub Małecki umiejscawia akcję w szpitalnej Sali, gdzie spotkają się czterej panowie. Dresiarz Grzesiek ze złamanym nosem, biznesmen Kurz, Maruda oraz Czwarty – Stanisław Baryłczak. Każdy z nich to inna, ale jakże interesująca osobowość. 

Właściwie podstawą całej akcji jest opowieść Czwartego, a właściwie jego gorączkowe majaczenie. Mężczyzna ostatkiem sił zmusza Grześka do spisania pewnej historii. Wraz z opowieścią Czwartego w szpitalu zaczynają się dziać dziwne rzeczy – zmienia się układ sal, przemieszczają się ściany, a w końcu pomieszczenie głównych bohaterów zaczyna się kurczyć. Mężczyźni będą musieli wysłuchać opowieści i jakimś sposobem ocalić swoje życie. 

„Dżozef” poprzez swoją konstrukcję to taka trochę gawęda. W samej powieści nie dzieje się wiele – główna akcja skupia się w opowieści Czwartego i powolnym poznaniu życiu Grześka i Kurza. Historia Stasia – zafascynowanego książkami Josepha Conrada, staje się nieco mrocznym podsumowaniem ludzkiej egzystencji. 

Samą powieść odczytywać można bardzo dosłownie, warto jednak zastanowić się, czy kozoł – Drewniak, zmora Czwartego, nie ma jakiegoś innego przekazu. Książka Jakuba Małeckiego to doskonały przykład literatury, w której najważniejsza jest historia – nie wykreowany świat, spektakularne zwroty akcji, sensacyjne zdarzenia. To opowieść o człowieku, jego problemach, demonach, o poznawaniu siebie i radzeniu sobie z rzeczywistością. 

Różnorodność postaci – nawet tych drugoplanowych, to wielka zaleta tej powieści. „Dżozef” staje się przez to bardzo realny, chociaż historia Czwartego balansuje na granicy świata rzeczywistego i fantastycznego. Bohaterowie są prości, odpowiadają znanym nam osobom, przez co stają się niesamowicie bliskie. 

 Świetny jest też sam język powieści – dosadny, bez zbędnych ozdobników, bez rozwodzenia się nad opisywaną rzeczywistością, czasem wulgarny, ale ta wulgarność jest tu potrzebna. 

 „Dżozef” to kolejna polska książka, na którą trzeba zwrócić uwagę. Podobnie jak na przyszłą twórczość Jakuba Małeckiego.



Lektura „Tryjonu” była moim pierwszym spotkaniem z Melissą Darwood. Wcześniej o tej autorce w ogóle nie słyszałam, a do jej najnowszej powieści po prostu jakoś mnie przyciągnęło. Nie żałuję, ale chyba nie będzie to książka, którą zapamiętam na długo.

„Tryjon” to przede wszystkim ciekawa kreacja świata – właśnie tytułowego Tryjonu, do którego trafiają osoby, które dopuściły się zbrodni. W nieznanych sobie okolicznościach pojawia się tam Mila – młoda dziewczyna, która od lat cierpi na osobowość wieloraką. Główna bohaterka będzie musiała zmierzyć się z kilkoma faktami – nie żyje, popełniła morderstwo, straciła kilka lat życie, kiedy to jej osobą kierowała inna osobowość.

Mila trafia pod opiekę Zacharego, który jest swego rodzaju przewodnikiem nowych duch po Tryjonie. On prowadzi dziewczynę przed sąd, on też wyrusza z nią w dalszą podróż po krainie zmarłych. Zachary w ten sposób stara się odpokutować swoje przewinienia i jak się okaże Mila będzie ważnym elementem zadośćuczynienia.

Powieść Melissy Darwood, oprócz kreacji świata, ma też nieźle skonstruowany „przekaz do czytelnika”. Losy głównych bohaterów świetnie da się przełożyć na nasze codzienne życie, nie ma tu jednak zbędnego patosu i moralizowania. Całkiem dobrze wygląda też kwestia choroby Mili, chociaż przyznam, że w ostatnim czasie osobowość wieloraka pojawiła się w zbyt wielu książkach i filmach.
Sami bohaterowie jakoś szczególnie nie porywają, irytować też może ich podróż po Tryjonie i częste opowieści osób spotykanych – chyba miałam nieco przesyt tych historii z życia wziętych. Nie podobał mi się też nieco chyba na siłę wtrącony wątek koncernów farmaceutycznych.

Czasem miałam też wrażenie, że jakoś historia w „Tryjonie” mi się nie skleja. Trochę to wrażenie potęguje Mila, która w pewnym momencie przestała być dla mnie wiarygodna.

Podsumowując „Tryjon” to niezła powieść, mająca więcej zalet niż wad. Te ostatnie są jednak obecne i może nieco psują ostateczny odbiór tej książki. Powieść czyta się szybko co jest plusem, ale jednocześnie trochę żałuję, że nie jest ona bardziej obszerna. „Tryjon” polecam więc jako lekturę lekką (pomimo tematyki), niezobowiązującą, do przeczytania w jedno popołudnie.




Seria „Szklany tron” Sarah J. Maas to miliony sprzedanych książek i miliony fanów. Przygody Aelin powoli zmierzają ku końcowi, jednak zanim poznamy ostateczne rozwiązania, autorka postanowiła „Wieżą świtu” zwolnić całą historię.

Oczywiście „Wieża świtu” to integralna część „Szklanego tronu”. Wracamy jednak do momentu, kiedy Chaol zostaje sparaliżowany i wraz z Nesryn wyrusza na poszukiwanie uzdrowienie i sojuszników w zbliżającej się wojnie. Bohaterowie lądują w Antice - mieście-raju. I chociaż władza ma tu swoje brutalne zwyczaje, tak sama koncepcja państwa jest godną naśladowania. Chaol i Nesryn nauczą się tutaj dużo, skonfrontują znany sobie świat z czymś zupełnie nowym, pełnym przepychu, sprawiedliwości i dobrobytu. W obliczu zagłady Adarlanu będzie to szczególne doświadczenie.

Antika słynie jednak z jeszcze jednej rzeczy – to miasto uzdrowicieli. I to właśnie tutaj znajduje się jedyna nadzieja Chaola na odzyskanie dawnej sprawności. Mężczyzna trafia pod opiekę zdolnej, ale uprzedzonej do Adarlanu Yrene.

Zarówno dla Chaola, jak i dla Nesryn podróż do Antiki będzie przełomowa pod wieloma względami. Będą musieli zmierzyć się z politycznymi rozgrywkami, uprzedzeniami, czającym się powoli w mieście mrokiem, a także z własnymi słabościami. Nie będą też mogli zapomnieć o tym, że ich przyjaciele liczą na wsparcie.

„Wieża świtu” nie odbiega swoim stylem od poprzednich części. To godna ich następczyni, powieść utrzymana w tym samym tonie. Niemniej jednak to chyba najsłabszy tom „Szklanego tronu”. Oczywiście nie jest to znaczne odstępstwo, ale w „Wieży świtu” akcja biegnie nieco ospale. Wiele się nie dzieje, a właściwie głównym tematem tej powieści są miłosne perypetie bohaterów. Pod koniec pojawia się nieco więcej zdarzeń, ale przyznam, że ostateczny finał i to co spotkało głównych bohaterów jest nieco naciągane.

Mam wrażenie, że Sarah J. Maas chce budować atmosferę strachu i niepewności u swoich czytelników. I nie ma w tym nic złego, o ile się nie przesadzi. A los Chaola wydaje mi się już zbyt przesadzony. Razi też nieco to, że autorka postawiła na wątki romansowe, przyznam, że te liczne zmiany relacji bohaterów są trochę męczące.

„Wieża świtu” uświadomiła mi też coś innego – to, jak przerażające są ceny książek. Uważam, że 50 złotych – za nawet tak obszerną powieść, to spora przesada. Przez miesiąc od premiery nie dało się kupić tej książki taniej…




Wielki amerykański sen, potęga zbudowana na niewolnictwie i bezlitosnych zasadach… „Kolej podziemna” przedstawia smutną historię kraju, który obecnie jest supermocarstwem.

Powieść Colsona Whiteheada to literacka fikcja, która opiera się na prawdziwym problemie społecznym. I choć te mroczne czasy wydają się przeszłością, tak nie można powiedzieć, że nie można tej książce odmówić powagi. I ostrzeżenia. Bo niewolnictwo może nie tylko opierać się na podłożu rasowym.

Tytułowa kolej podziemna to sieć przerzutowa dla zbiegłych czarnych niewolników. Tajemnicze pociągi, połączenia miast i stanów, szyfry i ogromne ryzyko – to podsumowanie jej funkcjonowania. Ale kolej podziemna to też nadzieja – na lepsze jutro, na wolność, normalność. Tym staje się ono dla Cory – nastoletniej niewolnicy na plantacji bawełny. I chociaż wydaje się, że jej egzystencja może nie jest tak najgorsza (a na pewno nie warta ryzyka ucieczki i bolesnej kary w obliczy pojmania), tak iluzja względnego bezpieczeństwa szybko się rozwiewa. Wystarczy jedno wydarzenie, gest czy też zmiana właściciela i wszystko zaczyna się sypać.

W tej sytuacji propozycja innego niewolnika Ceasara na wspólną ucieczkę okazuje się jedyną szansą na przetrwanie
Wraz z dwójką niewolników przemierzamy kolejne miasta i stany, gdzie postrzeganie czarnoskórych nieco się różni. Po drodze spotykamy białych, którzy ryzykują życie swoje i swoich rodzin, by ocalić jedną osobą. Spotykamy też bezwzględnych łowców niewolników, którzy nie spoczną dopóki nie pojmą swej ofiary. 

Poznamy też ludzi, którzy gardzą niewolnikami, są przeciwni równości rasowej i nawet nie mrugną okiem, gdy na kolejnym drzewie wieszają nastoletnich czarnoskórych.

„Kolej podziemna” to powieść smutna, odzierająca z człowieczeństwa, współczucia i empatii. Człowiek staje się dla drugiego katem, a egzystencja czarnoskórych to coś niewyobrażalnego – zero szacunku, własnych marzeń, brak godności i zapewnienia podstawowych potrzeb. I przede wszystkim życie w ciągłym strachu.

Jednak powieść Colsona Whiteheada to nie dogłębne studium społecznego problemu. Akcja nie jest tu równa, nie ma zbytniego zagłębiania się w temat czy poznanie bohaterów – „Kolej podziemna” pokazuje jednak całe spektrum problemu, z którym Ameryka zmagała się przez lata.

„Kolej podziemna” to prosta ale dosadna książka, którą czyta się szybko, co stronę emocjonując się zmaganiami bohaterów powieści. Tu nic bowiem nie jest oczywiste i tak jak postaci, żyjemy w ciągłym przekonaniu, że stabilizacja i bezpieczeństwo w końcu minie.




Wiem, że „Srebrny łabędź” to gatunek młodzieżowy, a więc od razu można zakładać, że nie będzie to górnolotne dzieło. Niemniej jednak potrzebowałam czegoś lekkiego, szybkiego i niewymagającego. Dostałam jednak książkę, która wysuwa się na prowadzenie na mojej liście najgorszych książek.

Właściwie szkoda mi trochę klawiatury i czasu na to, żeby podsumować tę książkę. Skopiuję więc to, co znaleźć można na okładce „Srebrnego łabędzia” – to pokaże, że „troszeczkę” czytelnika oszukano.

Pierwszy tom mrocznej i porywającej serii Elite Kings Club.

Tak, to pierwszy tom serii. Historia w ogóle nie jest porywająca. Jest niesamowicie nudna, nielogiczna, płytka, rozwleczona, bezsensowna i źle napisana.

Madison Montgomery to typowa dziewczyna z bogatego domu. W życiu nastolatki wszystko się zmienia, kiedy jej matka dopuszcza się zbrodni, a potem popełnia samobójstwo. Wybucha skandal, przez który dziewczyna znajduje się na językach wszystkich. Gdy ojciec Madison ponownie się żeni, zapada decyzja o przeprowadzce, a dziewczyna trafia do prywatnej szkoły. Mogłoby się wydawać, że to jej szansa na nowy start…

Madison jest rozpieszczona to fakt. Jej matka popełniła samobójstwo bronią swojej córki co ma być niby wielkim skandalem – a nie jest. To znajdowanie się na językach trwa dwa zdania, czyli jeden dzień szkolny. Jedna z koleżanek Madison pyta czy to ona. Tyle! W ogóle nie wiem po co wprowadzono ten „wątek” bo nijak ma się do reszty książki. Można było napisać, że jej matka nie żyje i wyszłoby na to samo.

Madison przekonuje się, że mury szkoły skrywają straszne tajemnice, a wszystkimi uczniami rządzi grupa dziesięciu niepokornych chłopaków. Elite King’s Club rozsiewa wokół siebie aurę tajemniczości i terroru. Chociaż dziewczyna nie chce wierzyć plotkom na ich temat, zaczyna mieć wątpliwości, kiedy wpada w oko przywódcy elitarnego klubu. Okazuje się, że Bishop zaczął na nią polowanie.
Aura tajemniczości tak. Terroru nie. Nie było żadnych aktów przemocy, zastraszania i innych takich. Dostaje się Madison bo nagle się okazuje przyrodnią siostrą jednego z chłopaków a właściwe oberwie bo jest pewna „tajemnica” jej pochodzenia. A Bishop na nikogo nie polował. Ot, rzuciła mu się w oczy.

Dlaczego członkowie Elite King’s Club nienawidzą Madison, a mimo to dyskretnie pilnują jej bezpieczeństwa? Co stało się z poprzednią dziewczyną, która związała się z jednym z nich? Dlaczego te wszystkie mroczne tajemnice są tak niebezpiecznie pociągające?
Nie nienawidzą. Pilnują jak oka w głowie i nie pozwalają na samodzielność. To, że poprzednia partnerka Bishopa zniknęła to chyba najbardziej fascynująca zagadka, której rozwiązania oczywiście nie poznamy bo i po co. Nic mrocznego jeszcze w tym nie ma, żadnego skandalu, jakieś tam niewinne nastoletnie ploteczki.

Styl pisania Amo Jones pokochały fanki literatury erotycznej na całym świecie! Wciągająca opowieść o mrocznej i niebezpiecznej rozgrywce, która toczy się za murami elitarnej szkoły, otwiera zupełnie nową serię książek! Pierwszy tom – „Srebrny Łabędź” przyciąga jak członkowie Elite King’s Club.
Pani Amo Jones nie ma stylu. Książka epatuje wulgaryzmem, seksem, w którym nie ma nic poza czysto mechanicznym, fizycznym kontaktem. To już nawet Twarze Greya były bardziej wysublimowane! Tu przynajmniej widać jakieś uczucie, a Amo

Jones postanowiła pobić rekord w szokowaniu swoich MŁODYCH czytelników.
Nie ma mrocznej rozgrywki, są bezsensowne podchody i zabawy rozpieszczonych, bajecznie bogatych nastolatków. Postępowanie bohaterów – a przede wszystkim Madison, jest nielogiczne. Dziewczyna niby silna i pewna siebie, a daje sobą pomiatać.

Obiecuje sama sobie, że do chłopaków się nie zbliży, a akapit dalej sama pcha się w ich ramiona. Obiecuje, że będzie z nimi walczyć, a gra potulnego kotka. Nie muszę dodawać, że to bohaterka, której czytelnik nie polubi.

„Srebrny łabędź” to wręcz lista „must have” dla bogaczy – jakie marki butów założyć, jaki model samochodu wypada kupić, która sukienka będzie idealna na imprezę. Bezsensowna jest cała historia, by nie nazwać tego intrygą, „Srebrnego łabędzia”. Na rozwiązanie (po raz kolejny dodam, że bezsensowne) tajemnicy chłopaków Madison wpada bo przypadkiem znajduje w szkolnej bibliotece – teraz uwaga – list samobójczyni! Nie książkę, nie gazetę czy co tam jeszcze – list bez tytułu, jakieś kartki, które sobie normalnie leży na bibliotecznej półce. Kto i jak na to wpadł?! Pomijam, że bohaterka narzeka jakie to opasłe tomiszcze, ale tak naprawdę w powieści ten list zajmie może dwie strony. Tak wiem – przecież nie da się całości przytoczyć, ale zawsze można napisać „Madison czytała do późna i dowiedziała się między innymi, że…”.

„Srebrny łabędź” to książka bez fabuły, z fatalnymi bohaterami, nielogiczną historią, złym stylem – Amo Jones chce wypromować książkę na erotyzmie, który napisany jest po prostu źle, widać, że to miał być główny temat książki, a niej jej dodatek. I chociaż takie zabiegi „na seks” mnie rażą, a „50 twarzy Greya” oceniłam najniżej jak się da, tak „Srebrny łabędź” upada jeszcze niżej. Zwłaszcza, że to książka dla nastolatków! I dodam, że ja na erotyzm w literaturze drażliwa nie jestem – trzeba go tylko umieć wpleść w powieść, a Amo Jones w ogóle się to nie dało.




Miałam szczęście! „Harry’ego Pottera” czytałam na bieżąco – w latach, gdy seria ta dopiero rosła, wydawana na bieżąco, a na kolejne części czekało się miesiącami, latami… Obserwowałam fenomen dzieł Rowling i dzisiaj postanowiłam je odświeżyć.

Kiedy ukazało się polskie wydanie „Kamienia filozoficznego” miałam jedenaście lat. Książkę wypatrzyłam na półce u koleżanki, polecała ją więc dosyć szybko ją przeczytałam. Pamiętam, że ta powieść mnie oczarowała. Wtedy jeszcze książki nie były dla mnie czymś „normalnym”, ale „Harry Potter” sprawiał, że odkryłam w nich potencjał. Kolejne tomy wręcz pochłaniałam, chociaż trzeba było na nie długo czekać.

Dla mnie Harry Potter również stał się fenomenem. Dałam się ponieść fali uwielbienia dla tej serii, niecierpliwie czekałam na kolejne tomy, a czas oczekiwania spędzałam nad fanfikami. Kiedy ukazywały się angielskie części szukałam polskich, amatorskich tłumaczeń. Czytałam wszędzie i na wszystkim – i tu się przyznam – nawet na starym monitorze komputera, pewnie całkowicie niszcząc sobie przy tym wzrok.

Potem nastała era ekranizacji, które oczywiście nie oddadzą wspaniałości i pełnej zawartości książek. Filmy oglądałam wielokrotnie i to właśnie one stały się przyczynkiem do tego, żeby ponownie sięgnąć po „Harry’ego Pottera”.

„Kamień filozoficzny” to niestety jedyna część jaką mam na półce – to jedno z wielu moich literackich zaniedbań. Na czytanie i oglądanie pierwszych historii Harry’ego trzeba brać poprawkę – są one niewinne, dziecinne i bardzo proste. I tu zaletą było dorastanie z Potterem – bo właśnie dojrzewało się do tych bardziej mrocznych, skomplikowanych części serii. Teraz młodzież może te książki przeczytać na raz, co może niekoniecznie jest dobrym pomysłem. Jednak biorąc pod uwagę to, jakie książki dla dzieci i młodzieży stoją na półkach księgarni, to książki Rowling są bardzo grzeczne i odpowiednie dla młodego czytelnika.

Ponowne czytanie Pottera to nie tylko odświeżenie zakurzonych wspomnień – to przeżywanie tej historii na nowo. Wiele nam umyka przy tym pierwszym czytaniu, wiele zapomina się przez lata a jeszcze więcej zamazuje ekranizacja. „Kamień filozoficzny” pozwolił mi odkryć tę serię na nowo i już nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam kolejne części.

Moje zdanie o serii i młodym czarodzieju się nie zmienia przez lata – to fenomen, książki, które już na zawsze wejdą do klasyki literatury, które niesamowicie wpłynęły na kulturę i nasze życie codzienne. To przykład dzieła pełnego, dopracowanego, pięknego – a to dzisiaj nie zdarza się często. Pobić Rowling próbować będzie wielu autorów, ale nie wiem, czy kiedykolwiek się to uda.

Instagram @postronie