„Wieża świtu” przerywnikiem w historii Aelin

/ 20 maja



Seria „Szklany tron” Sarah J. Maas to miliony sprzedanych książek i miliony fanów. Przygody Aelin powoli zmierzają ku końcowi, jednak zanim poznamy ostateczne rozwiązania, autorka postanowiła „Wieżą świtu” zwolnić całą historię.

Oczywiście „Wieża świtu” to integralna część „Szklanego tronu”. Wracamy jednak do momentu, kiedy Chaol zostaje sparaliżowany i wraz z Nesryn wyrusza na poszukiwanie uzdrowienie i sojuszników w zbliżającej się wojnie. Bohaterowie lądują w Antice - mieście-raju. I chociaż władza ma tu swoje brutalne zwyczaje, tak sama koncepcja państwa jest godną naśladowania. Chaol i Nesryn nauczą się tutaj dużo, skonfrontują znany sobie świat z czymś zupełnie nowym, pełnym przepychu, sprawiedliwości i dobrobytu. W obliczu zagłady Adarlanu będzie to szczególne doświadczenie.

Antika słynie jednak z jeszcze jednej rzeczy – to miasto uzdrowicieli. I to właśnie tutaj znajduje się jedyna nadzieja Chaola na odzyskanie dawnej sprawności. Mężczyzna trafia pod opiekę zdolnej, ale uprzedzonej do Adarlanu Yrene.

Zarówno dla Chaola, jak i dla Nesryn podróż do Antiki będzie przełomowa pod wieloma względami. Będą musieli zmierzyć się z politycznymi rozgrywkami, uprzedzeniami, czającym się powoli w mieście mrokiem, a także z własnymi słabościami. Nie będą też mogli zapomnieć o tym, że ich przyjaciele liczą na wsparcie.

„Wieża świtu” nie odbiega swoim stylem od poprzednich części. To godna ich następczyni, powieść utrzymana w tym samym tonie. Niemniej jednak to chyba najsłabszy tom „Szklanego tronu”. Oczywiście nie jest to znaczne odstępstwo, ale w „Wieży świtu” akcja biegnie nieco ospale. Wiele się nie dzieje, a właściwie głównym tematem tej powieści są miłosne perypetie bohaterów. Pod koniec pojawia się nieco więcej zdarzeń, ale przyznam, że ostateczny finał i to co spotkało głównych bohaterów jest nieco naciągane.

Mam wrażenie, że Sarah J. Maas chce budować atmosferę strachu i niepewności u swoich czytelników. I nie ma w tym nic złego, o ile się nie przesadzi. A los Chaola wydaje mi się już zbyt przesadzony. Razi też nieco to, że autorka postawiła na wątki romansowe, przyznam, że te liczne zmiany relacji bohaterów są trochę męczące.

„Wieża świtu” uświadomiła mi też coś innego – to, jak przerażające są ceny książek. Uważam, że 50 złotych – za nawet tak obszerną powieść, to spora przesada. Przez miesiąc od premiery nie dało się kupić tej książki taniej…




Seria „Szklany tron” Sarah J. Maas to miliony sprzedanych książek i miliony fanów. Przygody Aelin powoli zmierzają ku końcowi, jednak zanim poznamy ostateczne rozwiązania, autorka postanowiła „Wieżą świtu” zwolnić całą historię.

Oczywiście „Wieża świtu” to integralna część „Szklanego tronu”. Wracamy jednak do momentu, kiedy Chaol zostaje sparaliżowany i wraz z Nesryn wyrusza na poszukiwanie uzdrowienie i sojuszników w zbliżającej się wojnie. Bohaterowie lądują w Antice - mieście-raju. I chociaż władza ma tu swoje brutalne zwyczaje, tak sama koncepcja państwa jest godną naśladowania. Chaol i Nesryn nauczą się tutaj dużo, skonfrontują znany sobie świat z czymś zupełnie nowym, pełnym przepychu, sprawiedliwości i dobrobytu. W obliczu zagłady Adarlanu będzie to szczególne doświadczenie.

Antika słynie jednak z jeszcze jednej rzeczy – to miasto uzdrowicieli. I to właśnie tutaj znajduje się jedyna nadzieja Chaola na odzyskanie dawnej sprawności. Mężczyzna trafia pod opiekę zdolnej, ale uprzedzonej do Adarlanu Yrene.

Zarówno dla Chaola, jak i dla Nesryn podróż do Antiki będzie przełomowa pod wieloma względami. Będą musieli zmierzyć się z politycznymi rozgrywkami, uprzedzeniami, czającym się powoli w mieście mrokiem, a także z własnymi słabościami. Nie będą też mogli zapomnieć o tym, że ich przyjaciele liczą na wsparcie.

„Wieża świtu” nie odbiega swoim stylem od poprzednich części. To godna ich następczyni, powieść utrzymana w tym samym tonie. Niemniej jednak to chyba najsłabszy tom „Szklanego tronu”. Oczywiście nie jest to znaczne odstępstwo, ale w „Wieży świtu” akcja biegnie nieco ospale. Wiele się nie dzieje, a właściwie głównym tematem tej powieści są miłosne perypetie bohaterów. Pod koniec pojawia się nieco więcej zdarzeń, ale przyznam, że ostateczny finał i to co spotkało głównych bohaterów jest nieco naciągane.

Mam wrażenie, że Sarah J. Maas chce budować atmosferę strachu i niepewności u swoich czytelników. I nie ma w tym nic złego, o ile się nie przesadzi. A los Chaola wydaje mi się już zbyt przesadzony. Razi też nieco to, że autorka postawiła na wątki romansowe, przyznam, że te liczne zmiany relacji bohaterów są trochę męczące.

„Wieża świtu” uświadomiła mi też coś innego – to, jak przerażające są ceny książek. Uważam, że 50 złotych – za nawet tak obszerną powieść, to spora przesada. Przez miesiąc od premiery nie dało się kupić tej książki taniej…

Kontynuuj czytanie



Wielki amerykański sen, potęga zbudowana na niewolnictwie i bezlitosnych zasadach… „Kolej podziemna” przedstawia smutną historię kraju, który obecnie jest supermocarstwem.

Powieść Colsona Whiteheada to literacka fikcja, która opiera się na prawdziwym problemie społecznym. I choć te mroczne czasy wydają się przeszłością, tak nie można powiedzieć, że nie można tej książce odmówić powagi. I ostrzeżenia. Bo niewolnictwo może nie tylko opierać się na podłożu rasowym.

Tytułowa kolej podziemna to sieć przerzutowa dla zbiegłych czarnych niewolników. Tajemnicze pociągi, połączenia miast i stanów, szyfry i ogromne ryzyko – to podsumowanie jej funkcjonowania. Ale kolej podziemna to też nadzieja – na lepsze jutro, na wolność, normalność. Tym staje się ono dla Cory – nastoletniej niewolnicy na plantacji bawełny. I chociaż wydaje się, że jej egzystencja może nie jest tak najgorsza (a na pewno nie warta ryzyka ucieczki i bolesnej kary w obliczy pojmania), tak iluzja względnego bezpieczeństwa szybko się rozwiewa. Wystarczy jedno wydarzenie, gest czy też zmiana właściciela i wszystko zaczyna się sypać.

W tej sytuacji propozycja innego niewolnika Ceasara na wspólną ucieczkę okazuje się jedyną szansą na przetrwanie
Wraz z dwójką niewolników przemierzamy kolejne miasta i stany, gdzie postrzeganie czarnoskórych nieco się różni. Po drodze spotykamy białych, którzy ryzykują życie swoje i swoich rodzin, by ocalić jedną osobą. Spotykamy też bezwzględnych łowców niewolników, którzy nie spoczną dopóki nie pojmą swej ofiary. 

Poznamy też ludzi, którzy gardzą niewolnikami, są przeciwni równości rasowej i nawet nie mrugną okiem, gdy na kolejnym drzewie wieszają nastoletnich czarnoskórych.

„Kolej podziemna” to powieść smutna, odzierająca z człowieczeństwa, współczucia i empatii. Człowiek staje się dla drugiego katem, a egzystencja czarnoskórych to coś niewyobrażalnego – zero szacunku, własnych marzeń, brak godności i zapewnienia podstawowych potrzeb. I przede wszystkim życie w ciągłym strachu.

Jednak powieść Colsona Whiteheada to nie dogłębne studium społecznego problemu. Akcja nie jest tu równa, nie ma zbytniego zagłębiania się w temat czy poznanie bohaterów – „Kolej podziemna” pokazuje jednak całe spektrum problemu, z którym Ameryka zmagała się przez lata.

„Kolej podziemna” to prosta ale dosadna książka, którą czyta się szybko, co stronę emocjonując się zmaganiami bohaterów powieści. Tu nic bowiem nie jest oczywiste i tak jak postaci, żyjemy w ciągłym przekonaniu, że stabilizacja i bezpieczeństwo w końcu minie.




Wiem, że „Srebrny łabędź” to gatunek młodzieżowy, a więc od razu można zakładać, że nie będzie to górnolotne dzieło. Niemniej jednak potrzebowałam czegoś lekkiego, szybkiego i niewymagającego. Dostałam jednak książkę, która wysuwa się na prowadzenie na mojej liście najgorszych książek.

Właściwie szkoda mi trochę klawiatury i czasu na to, żeby podsumować tę książkę. Skopiuję więc to, co znaleźć można na okładce „Srebrnego łabędzia” – to pokaże, że „troszeczkę” czytelnika oszukano.

Pierwszy tom mrocznej i porywającej serii Elite Kings Club.

Tak, to pierwszy tom serii. Historia w ogóle nie jest porywająca. Jest niesamowicie nudna, nielogiczna, płytka, rozwleczona, bezsensowna i źle napisana.

Madison Montgomery to typowa dziewczyna z bogatego domu. W życiu nastolatki wszystko się zmienia, kiedy jej matka dopuszcza się zbrodni, a potem popełnia samobójstwo. Wybucha skandal, przez który dziewczyna znajduje się na językach wszystkich. Gdy ojciec Madison ponownie się żeni, zapada decyzja o przeprowadzce, a dziewczyna trafia do prywatnej szkoły. Mogłoby się wydawać, że to jej szansa na nowy start…

Madison jest rozpieszczona to fakt. Jej matka popełniła samobójstwo bronią swojej córki co ma być niby wielkim skandalem – a nie jest. To znajdowanie się na językach trwa dwa zdania, czyli jeden dzień szkolny. Jedna z koleżanek Madison pyta czy to ona. Tyle! W ogóle nie wiem po co wprowadzono ten „wątek” bo nijak ma się do reszty książki. Można było napisać, że jej matka nie żyje i wyszłoby na to samo.

Madison przekonuje się, że mury szkoły skrywają straszne tajemnice, a wszystkimi uczniami rządzi grupa dziesięciu niepokornych chłopaków. Elite King’s Club rozsiewa wokół siebie aurę tajemniczości i terroru. Chociaż dziewczyna nie chce wierzyć plotkom na ich temat, zaczyna mieć wątpliwości, kiedy wpada w oko przywódcy elitarnego klubu. Okazuje się, że Bishop zaczął na nią polowanie.
Aura tajemniczości tak. Terroru nie. Nie było żadnych aktów przemocy, zastraszania i innych takich. Dostaje się Madison bo nagle się okazuje przyrodnią siostrą jednego z chłopaków a właściwe oberwie bo jest pewna „tajemnica” jej pochodzenia. A Bishop na nikogo nie polował. Ot, rzuciła mu się w oczy.

Dlaczego członkowie Elite King’s Club nienawidzą Madison, a mimo to dyskretnie pilnują jej bezpieczeństwa? Co stało się z poprzednią dziewczyną, która związała się z jednym z nich? Dlaczego te wszystkie mroczne tajemnice są tak niebezpiecznie pociągające?
Nie nienawidzą. Pilnują jak oka w głowie i nie pozwalają na samodzielność. To, że poprzednia partnerka Bishopa zniknęła to chyba najbardziej fascynująca zagadka, której rozwiązania oczywiście nie poznamy bo i po co. Nic mrocznego jeszcze w tym nie ma, żadnego skandalu, jakieś tam niewinne nastoletnie ploteczki.

Styl pisania Amo Jones pokochały fanki literatury erotycznej na całym świecie! Wciągająca opowieść o mrocznej i niebezpiecznej rozgrywce, która toczy się za murami elitarnej szkoły, otwiera zupełnie nową serię książek! Pierwszy tom – „Srebrny Łabędź” przyciąga jak członkowie Elite King’s Club.
Pani Amo Jones nie ma stylu. Książka epatuje wulgaryzmem, seksem, w którym nie ma nic poza czysto mechanicznym, fizycznym kontaktem. To już nawet Twarze Greya były bardziej wysublimowane! Tu przynajmniej widać jakieś uczucie, a Amo

Jones postanowiła pobić rekord w szokowaniu swoich MŁODYCH czytelników.
Nie ma mrocznej rozgrywki, są bezsensowne podchody i zabawy rozpieszczonych, bajecznie bogatych nastolatków. Postępowanie bohaterów – a przede wszystkim Madison, jest nielogiczne. Dziewczyna niby silna i pewna siebie, a daje sobą pomiatać.

Obiecuje sama sobie, że do chłopaków się nie zbliży, a akapit dalej sama pcha się w ich ramiona. Obiecuje, że będzie z nimi walczyć, a gra potulnego kotka. Nie muszę dodawać, że to bohaterka, której czytelnik nie polubi.

„Srebrny łabędź” to wręcz lista „must have” dla bogaczy – jakie marki butów założyć, jaki model samochodu wypada kupić, która sukienka będzie idealna na imprezę. Bezsensowna jest cała historia, by nie nazwać tego intrygą, „Srebrnego łabędzia”. Na rozwiązanie (po raz kolejny dodam, że bezsensowne) tajemnicy chłopaków Madison wpada bo przypadkiem znajduje w szkolnej bibliotece – teraz uwaga – list samobójczyni! Nie książkę, nie gazetę czy co tam jeszcze – list bez tytułu, jakieś kartki, które sobie normalnie leży na bibliotecznej półce. Kto i jak na to wpadł?! Pomijam, że bohaterka narzeka jakie to opasłe tomiszcze, ale tak naprawdę w powieści ten list zajmie może dwie strony. Tak wiem – przecież nie da się całości przytoczyć, ale zawsze można napisać „Madison czytała do późna i dowiedziała się między innymi, że…”.

„Srebrny łabędź” to książka bez fabuły, z fatalnymi bohaterami, nielogiczną historią, złym stylem – Amo Jones chce wypromować książkę na erotyzmie, który napisany jest po prostu źle, widać, że to miał być główny temat książki, a niej jej dodatek. I chociaż takie zabiegi „na seks” mnie rażą, a „50 twarzy Greya” oceniłam najniżej jak się da, tak „Srebrny łabędź” upada jeszcze niżej. Zwłaszcza, że to książka dla nastolatków! I dodam, że ja na erotyzm w literaturze drażliwa nie jestem – trzeba go tylko umieć wpleść w powieść, a Amo Jones w ogóle się to nie dało.




Miałam szczęście! „Harry’ego Pottera” czytałam na bieżąco – w latach, gdy seria ta dopiero rosła, wydawana na bieżąco, a na kolejne części czekało się miesiącami, latami… Obserwowałam fenomen dzieł Rowling i dzisiaj postanowiłam je odświeżyć.

Kiedy ukazało się polskie wydanie „Kamienia filozoficznego” miałam jedenaście lat. Książkę wypatrzyłam na półce u koleżanki, polecała ją więc dosyć szybko ją przeczytałam. Pamiętam, że ta powieść mnie oczarowała. Wtedy jeszcze książki nie były dla mnie czymś „normalnym”, ale „Harry Potter” sprawiał, że odkryłam w nich potencjał. Kolejne tomy wręcz pochłaniałam, chociaż trzeba było na nie długo czekać.

Dla mnie Harry Potter również stał się fenomenem. Dałam się ponieść fali uwielbienia dla tej serii, niecierpliwie czekałam na kolejne tomy, a czas oczekiwania spędzałam nad fanfikami. Kiedy ukazywały się angielskie części szukałam polskich, amatorskich tłumaczeń. Czytałam wszędzie i na wszystkim – i tu się przyznam – nawet na starym monitorze komputera, pewnie całkowicie niszcząc sobie przy tym wzrok.

Potem nastała era ekranizacji, które oczywiście nie oddadzą wspaniałości i pełnej zawartości książek. Filmy oglądałam wielokrotnie i to właśnie one stały się przyczynkiem do tego, żeby ponownie sięgnąć po „Harry’ego Pottera”.

„Kamień filozoficzny” to niestety jedyna część jaką mam na półce – to jedno z wielu moich literackich zaniedbań. Na czytanie i oglądanie pierwszych historii Harry’ego trzeba brać poprawkę – są one niewinne, dziecinne i bardzo proste. I tu zaletą było dorastanie z Potterem – bo właśnie dojrzewało się do tych bardziej mrocznych, skomplikowanych części serii. Teraz młodzież może te książki przeczytać na raz, co może niekoniecznie jest dobrym pomysłem. Jednak biorąc pod uwagę to, jakie książki dla dzieci i młodzieży stoją na półkach księgarni, to książki Rowling są bardzo grzeczne i odpowiednie dla młodego czytelnika.

Ponowne czytanie Pottera to nie tylko odświeżenie zakurzonych wspomnień – to przeżywanie tej historii na nowo. Wiele nam umyka przy tym pierwszym czytaniu, wiele zapomina się przez lata a jeszcze więcej zamazuje ekranizacja. „Kamień filozoficzny” pozwolił mi odkryć tę serię na nowo i już nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam kolejne części.

Moje zdanie o serii i młodym czarodzieju się nie zmienia przez lata – to fenomen, książki, które już na zawsze wejdą do klasyki literatury, które niesamowicie wpłynęły na kulturę i nasze życie codzienne. To przykład dzieła pełnego, dopracowanego, pięknego – a to dzisiaj nie zdarza się często. Pobić Rowling próbować będzie wielu autorów, ale nie wiem, czy kiedykolwiek się to uda.




O książce Ernesta Cline’a „Player one” po raz pierwszy słyszałam chyba rok temu. Wtedy też dowiedziałam się, że powieść będzie ekranizowana i że ogólnie to świetna lektura. I chociaż to nie moje klimaty po książkę sięgnęłam. Nie żałuję!

Od razu zaznaczę, że to nie jest książka idealna. Jest nieco naiwna, chyba mimo wszystko skierowana do młodego czytelnika, napisana bardzo prosto. Niemniej jednak sama historia niesamowicie wciąga. Mamy też bohaterów, których da się lubić, mamy intrygi i zaskoczenia, chociaż zakończenia domyślić się można dosyć łatwo.

„Player One” to historia z 2045 roku. Świat to zdegradowane miejsce, brakuje surowców i energii. Ludzie żyją głównie w biedzie, w podmiejskich slumsach, właściwie wegetując. Mają jednak jedną radość – Oasis. Komputerowy program pozwala im na totalne porzucenie smutnej rzeczywistości i przeniesienie się do świata, w którym można być kim tylko się chce. Jest też w nim pewien smaczek – twórca Oasis James Halliday przed swoją śmiercią umieścił w grze tzw. „wielkanocne jajo”. Żeby je zdobyć trzeba przejść serię testów, zdobyć trzy klucze i pokonać bramy. Nagrodą jest kontrola nad Oasis i niewyobrażalny majątek.

„Wielkanocne jajo” było obsesją wielu, jednak po latach bezskutecznych poszukiwań, ludzie zaczęli wątpić w jego istnienie. Nie zwątpił główny bohater powieści Wade Watts – bo to jego jedyna nadzieja na lepsze życie. Cierpliwość zostaje nagrodzona – chłopak znajduje miedziany klucz i nagle jego imię zna każdy mieszkaniec świata.

W tym momencie akcja nabiera tempa. Okazuje się, że kontrola nad Oasis może być niebezpiecznym narzędziem w rękach nieodpowiednich osób. Wade odkrywa, że już nie tyle chce majątku i sławy, co uchronić świat przed zachłannymi postaciami.
„Player one” to właściwe prosta historia, która opiera się na wirtualnej rzeczywistości pomieszanej z popkulturą lat 80. To właśnie ten okres jest kluczem do rozwiązania zagadek Hallidaya. 

Dodając do tego interesujący wątek, rywalizację wielu ciekawych jednostek, utopijny świat, który jest odskocznią od zdegradowanej ziemi – powstaje nam powieść, która wciąga, którą czyta się szybko i przyjemnie.

Powieść Ernesta Cline’a to świetna odskocznia, z fantastycznie wykreowanym światem i postaciami. Daje też sporo do myślenia. Warto ją poznać również w obliczu ekranizacji – powieść jest bowiem świetnym materiałem na scenariusz interesującego filmu.




Jeśli ktoś by mnie spytał, czemu sięgnęłam po tę książkę, nie wiedziałabym co odpowiedzieć. Chyba skusiła mnie okładka i zapowiedź magii z wątkiem nieco kryminalnym. Czarodziejów i jednorożców nie ma się co spodziewać, nie ma też wiedźm – są za to… niezwykłe włosy.

Normę, główną bohaterkę powieści Sofi Oksanen, poznajemy na pogrzebie własnej matki. Anita zginęła pod kołami pociągu, oficjalna wersja głosi, że kobieta popełniła samobójstwo. Norma ma jednak duże wątpliwości. Dziewczyna szuka odpowiedzi i wkrótce przyjdzie jej przekonać się, że jej matka miała wiele tajemnic i że uwikłała się w niebezpieczne sprawy.

Taki opis zapowiada ciekawą książkę. Gdy dodamy do tego obietnicę magii, robi nam się z tego powieść bardzo tajemnicza, która przecież musi nas wciągnąć już od pierwszej strony. Tak się jednak nie dzieje. Sama książka to dosyć ospała narracja, z bohaterami, z którymi w ogóle nie będziemy się identyfikować. 

Najgorsza w tym wszystkim jest kreacja Normy – głównej bohaterki, która powinna dominować i o której powinniśmy wiedzieć jak najwięcej. Tymczasem autorka przedstawia nam ją dosyć powierzchownie, skupiając się na kilku charakterystycznych jej cechach. Prym będą wiodły włosy – Norma od dzieciństwa zmaga się z przekleństwem zastraszająco szybko rosnących włosów. Poza tym mają one zdolności wyczuwania nastrojów, problemów zdrowotnych, ogólnej aury mijanej osoby.

I ta cecha – wraz z dokładną kreacją Normy powinna być głównym wątkiem powieści Sofi Oksanen. Dla mnie jednak bohaterka jest nijaka, brakuje mi jej przemyśleń, emocji, działań. Jest dosyć bierna, zaskakuje mnie fakt, że skoro szuka informacji o swojej matce, w czasie odkłada oglądanie jej nagrań wideo. Nagrań, które odpowiadają na wiele pytań. Autorka za to skupia się na wątku salonu fryzjerskiego, zakupu doczepów włosów i dosyć skromnie o handlu dziećmi (i kobietami).

„Norma” to bardzo powierzchowna powieść. Autorka nie zagłębia się w poruszane przez nią tematy, nie przedstawia nam bliżej licznych bohaterów (których ta opisana działalność wydaje się interesującym tematem), nie skupia się na wątkach, które są kontrowersyjne i istotne z ogólnego punktu widzenia. Bo czyż anomalie genetyczne i idące za nimi wykluczenie społeczne to nie dobry temat na powieść (to nierozwinięty wątek dotyczący Normy)? Czy handel surogatkami a potem ich dziećmi to nie kwestia ważna i warta zgłębienia?

Powieść Sofi Oksanen to dla mnie schemat powieści, a nie powieść sama w sobie. Każdy z wątków tej książki można było (a wręcz trzeba było) rozwinąć, a wtedy czytelnik otrzymałby wspaniałą lekturę. Tak pozostaje niedosyt i chyba rozczarowanie…




Świetne oceny, wspaniała okładka, zadowoleni czytelnicy – to w skrócie to, co wiedziałam o „Marzycielu” zanim go kupiłam. Cóż, uległam temu czarowi i… się trochę zawiodłam.

„Marzyciel” autorstwa Laini Taylor ma być nieco orientalną powieścią, nieco przygodową, okraszoną magią. Miało być ciekawie, intrygująco, liczyłam, że książka ta porwie mnie już od pierwszej strony. Od pierwszej nie – dopiero po trzystu stronach zaczęło się coś dziać (sama książka ma ponad pięćset stron), a i tak nie można powiedzieć, że od tego momentu ta historia mnie całkowicie pochłonęła.

Laini Taylor opisuje przygody młodego bibliotekarza, który nie zna swoich korzeni, jest samotny, a całe swoje życie poświęca na studiowaniu podań o Niewidzialnym Mieście – osadzie legendzie, mieście, które miało wszystko – bogactwa, naukę, związanych ze sobą mieszkańców. Istna kraina szczęśliwości. Do miasta tego nie można się jednak dostać, każdy kto wyruszył na jego poszukiwanie, uznany został za zaginionego. Poza tym Niewidzialne Miasto owiane jest tajemnicą – w jego historii stało się coś, co wymazało je z pamięci ludności. Teraz traktowane jest jako legenda, coś co nie istnieje.

Zmienia się to jednak, gdy do ojczyzny Lazlo przybywają przedstawiciele Niewidzialnego Miasta, którzy poszukują chętnych do tajemniczej misji, która pomóc ma wyzwolić ich ojczyznę. Jak można się domyślić, Lazlo zrobi wszystko by poznać obiekt swoich marzeń.

I to wszystko brzmi bardzo obiecująco, gorzej wygląda to na papierze. Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy to niesamowita liczba porównań – wszystko jest jak „coś”. Włosy jak dmuchawiec, piasek jak złoto, wieże wysokie niczym góry, noc czarna jak smoła… Rozumiem, że figury stylistyczne są konieczne, ale nie w takiej ilości. W „Marzycielu” to zdecydowanie przesada, zwłaszcza, że nie pomaga to w kreacji świata, a buduje tylko ilość stron w powieści.

Sama fabuła też jest dosyć średnia. Wiele osób chętnie porzuca swoje dotychczasowe życie dla misji, o której nie wiedzą nic. Nagle decydują się na wyjazd do miasta, w które przez lata nie wierzyli, ufają obcym przybyszom i obiecują pomoc w uwolnieniu miasta. Dodam, że do misji prowadzony był casting i przeszli go tylko wyłącznie wybitni naukowcy. No i Lazlo, ale on na nieco innych zasadach.

Obok wątku Lazlo, przedstawiana jest historia szóstki młodych „bogów” uwięzionych w cytadeli. I to też opowieść bez fajerwerków. Głównie jedzą jakąś zupę bez smaku, kłócą się o duchy i zastanawiają, jak to jest się całować. Mocniej poznajemy tylko Sarai, a i tak wiele z opisów jej dotyczących bym pominęła.

Ta nijaka akcja – podróż „wybawicieli” biegnie dosyć szybko, potem kilka stron o poznawaniu miasta i całej historii (dosyć ciekawej), a w końcu zapoznanie się z istotą misji, ciągnie się aż po 300 stronę. Później jest nieco lepiej, ale i tak jakoś mnie ta historia nie porwała.

„Marzyciel” nie jest dla mnie książką, w którą włożono wielki wysiłek. Postacie są przedstawione nieco powierzchownie, akcja nie ma jakichś zwrotów akcji, wiele rzeczy można przewidzieć, brakuje też bohatera, z którym można się utożsamić. Nie ma tu też tej obiecanej bajkowości, jest za to dosyć ponuro. Magia przejawia się tylko w zdolnościach „bogów”. Do tego dochodzi nieciekawie prowadzona narracja.

„Marzyciel” to dla mnie przeciętna powieść – to historia, której potencjał zmarnowano. Zamiast zaintrygować czytelnika, zaskoczyć, autorka sili się na jakieś porównania bez znaczenia i marnuje zawartość powieści. Skoro to i tak seria, to można poświęcić więcej czasu na bohaterów, na budowanie napięcia, przedstawienie świata, na jakieś ciekawsze wątki niż pierwsze intymne doświadczenia „bogów”…

Szkoda, że nie umiem podzielić zachwytów nad tą książką.

Instagram @postronie