„Porwana Pieśniarka” wstępem do Trylogii Klątwy

/ 21 lutego


O Trylogii „Klątwy” naczytałam się wiele dobrego. Postanowiłam więc, że skoro to tak wspaniała seria, ta na pewno nie zmarnuję przy niej czasu, a i pewnie ja też oszaleję na jej punkcie. Oczekiwania były duże… szkoda, że się nie spełniły. 

„Porwana pieśniarka” to pierwszy tom dosyć słynnej serii Danielle L. Jensen. Sama historia zaczyna się dosyć mało zaskakująco – młoda dziewczyna Cecile zostaje porwana przez swojego sąsiada. Chłopak ma zamiar sprzedać ją trollom. Te istoty od pięciu stuleci żyją pod ruinami Samotnej Góry, jednak wskutek nałożonej przez czarownicę klątwy, nie mogą oni wyjść z ciemnych głębin góry. 

Cecile ma być ich odkupieniem. Istnieje przepowiednia mówiąca, że córka dnia musi poślubić księcia nocy i w ten sposób zdejmie ciążącą nad trollami klątwę. Mężem Cecile ma zostać Tristan – nieco egoistyczny, wywyższający się i pewny siebie syn władcy. 

Z czasem okazuje się jednak, że zdjęcie klątwy nie jest takie proste. Nie ułatwia tego też fakt, że nie każdy chce, by trolle faktycznie wyszły z góry i znowu objęły panowanie nad światem. Trollus okazuje się też państwem pełnym podziałów, nierówności społecznych i gry o władzę. 

Danielle L. Jensen stworzyła nowy, ciekawy świat. Trolle są intrygującymi postaciami, posiadają pewne zdolności magiczne, są też przebiegłe i chociaż teoretycznie nie są zdolne do kłamstwa, to przez lata nauczyły się omijać ten aspekt swojej natury. 

I właściwie oprócz kreacji tego świata i istot w nim mieszkających, w „Porwanej pieśniarce” nie ma nic chwytającego za serce. Najbardziej irytująca jest sama Cecile, która w ogóle nie wie czego chce, nie wie jak ma się zachować, jakie decyzje podjąć, a jak już się na coś zdecyduje – dość szybko z tego rezygnuje. Tristan to już nieco lepiej skonstruowana postać, ale i tak nie jest to postać bez skazy.
Sama historia przebiega dosyć schematycznie. Najpierw Cecile jest pełna wrogości do Tristana (zresztą on do niej też), później zaczyna dostrzegać w nim jakieś dobro a na końcu stwierdza, że bez niego nie potrafi żyć.

W powieści dużo się dzieje, ale to akurat wpływa trochę na niekorzyść tej książki. Za dużo zwrotów akcji, intryg, zmian w zachowaniu poszczególnych postaci, za dużo tajemnic, które nagle udaje się odkryć. Czasami się w tym gubiłam, czasami też miałam wrażenie, że i historia i postępowanie bohaterów jest nielogiczne.

„Porwana pieśniarka” to na pewno powieść, którą czyta się lekko i szybko. Sama w sobie nie jest jednak porywającą lekturą. To dosyć przeciętna książka, mało wciągająca i czasami mocno irytująca. Niemniej jednak jestem trochę ciekawa jak ta historia się rozwinie, ale biorę już poprawkę na to, że nie jest to jakieś wybitne dzieło literatury. 



O Trylogii „Klątwy” naczytałam się wiele dobrego. Postanowiłam więc, że skoro to tak wspaniała seria, ta na pewno nie zmarnuję przy niej czasu, a i pewnie ja też oszaleję na jej punkcie. Oczekiwania były duże… szkoda, że się nie spełniły. 

„Porwana pieśniarka” to pierwszy tom dosyć słynnej serii Danielle L. Jensen. Sama historia zaczyna się dosyć mało zaskakująco – młoda dziewczyna Cecile zostaje porwana przez swojego sąsiada. Chłopak ma zamiar sprzedać ją trollom. Te istoty od pięciu stuleci żyją pod ruinami Samotnej Góry, jednak wskutek nałożonej przez czarownicę klątwy, nie mogą oni wyjść z ciemnych głębin góry. 

Cecile ma być ich odkupieniem. Istnieje przepowiednia mówiąca, że córka dnia musi poślubić księcia nocy i w ten sposób zdejmie ciążącą nad trollami klątwę. Mężem Cecile ma zostać Tristan – nieco egoistyczny, wywyższający się i pewny siebie syn władcy. 

Z czasem okazuje się jednak, że zdjęcie klątwy nie jest takie proste. Nie ułatwia tego też fakt, że nie każdy chce, by trolle faktycznie wyszły z góry i znowu objęły panowanie nad światem. Trollus okazuje się też państwem pełnym podziałów, nierówności społecznych i gry o władzę. 

Danielle L. Jensen stworzyła nowy, ciekawy świat. Trolle są intrygującymi postaciami, posiadają pewne zdolności magiczne, są też przebiegłe i chociaż teoretycznie nie są zdolne do kłamstwa, to przez lata nauczyły się omijać ten aspekt swojej natury. 

I właściwie oprócz kreacji tego świata i istot w nim mieszkających, w „Porwanej pieśniarce” nie ma nic chwytającego za serce. Najbardziej irytująca jest sama Cecile, która w ogóle nie wie czego chce, nie wie jak ma się zachować, jakie decyzje podjąć, a jak już się na coś zdecyduje – dość szybko z tego rezygnuje. Tristan to już nieco lepiej skonstruowana postać, ale i tak nie jest to postać bez skazy.
Sama historia przebiega dosyć schematycznie. Najpierw Cecile jest pełna wrogości do Tristana (zresztą on do niej też), później zaczyna dostrzegać w nim jakieś dobro a na końcu stwierdza, że bez niego nie potrafi żyć.

W powieści dużo się dzieje, ale to akurat wpływa trochę na niekorzyść tej książki. Za dużo zwrotów akcji, intryg, zmian w zachowaniu poszczególnych postaci, za dużo tajemnic, które nagle udaje się odkryć. Czasami się w tym gubiłam, czasami też miałam wrażenie, że i historia i postępowanie bohaterów jest nielogiczne.

„Porwana pieśniarka” to na pewno powieść, którą czyta się lekko i szybko. Sama w sobie nie jest jednak porywającą lekturą. To dosyć przeciętna książka, mało wciągająca i czasami mocno irytująca. Niemniej jednak jestem trochę ciekawa jak ta historia się rozwinie, ale biorę już poprawkę na to, że nie jest to jakieś wybitne dzieło literatury. 

Kontynuuj czytanie


Przyznam z lekkim wstydem, że z „Marsjaninem” Andy’ego Weira nie miałam nic wspólnego. Za książkę nie mogłam się zabrać, filmu nie widziałam – bo najpierw przecież trzeba przeczytać książkę… I tak w tym błędnym kole sięgnęłam po „Artemisa”. A to chyba oddali moje spotkanie z „Marsjaninem”.

Science fiction nie jest moim ulubionym gatunkiem i to literackim i filmowym. Ale ten „Artemis” jakoś mnie do siebie przyciągnął. Całe szczęście, że nie jest to książka pokaźnych rozmiarów, bo pewnie cierpiałabym przy niej istne katusze. A tak to zgrabnie i szybko przeminął dosyć nieszczęsny czas jej poświęcony.

Bohaterką książki jest dwudziestokilkuletnia Jazz. Mieszka ona na księżycu w mieście Artemis – samowystarczalnej metropolii, z kilkoma tysiącami mieszkańców, którzy różnie sobie na ziemskim satelicie radzą. Sama Jazz radzi sobie dosyć średnio – ma wielkie ambicje, wiele osób mówi, że jest niezwykle inteligenta, a tymczasem dziewczyna zajmuje się rozwożeniem paczek i niewielkim przemytem. 

Jazz w swoim krótki życiu popełniła parę błędów, teraz chciałaby za nie zapłacić – dosłownie. Zbiera pieniądze na to, by zadośćuczynić swojemu ojcu za zniszczenie jego warsztatu. 
Dziewczyna jednak ledwo wiąże koniec z końcem, swojej szansy upatruje w karierze tzw. eksploratorów, na razie oblewa jednak egzamin na ten zawód. 

Dlatego wiele się nie waha, gdy jeden z bogaczy oferuje jej sowite wynagrodzenie za „mały” sabotaż. Potrzeba jednak do tego odwagi, przygotowań i poniesienie ryzyka.

Ale co to dla Jazz! To przebojowa dziewczyna, pewna siebie, w pewnym stopniu bezczelna, lubiąca ryzyko i pieniądze. Poza tym jest niezwykle przebiegła, inteligenta i jak nikt zna się na fizyce i chemii, zna też Artemis jak nikt inny, wie jak przechytrzyć dosłownie każdego.

Mam nadzieję, że widać tu mój sarkazm…

Największą wadą „Artemis” jest właśnie główna bohaterka powieści. A nie odpoczniemy od niej bo to Jazz prowadzi narrację, wkurzając czytelników częstym „rozumiecie o co mi chodzi?”. Za każdym razem, jak czytałam podobne wyrażenia, miałam ochotę rzucić Kindlem o ścianę! Na szczęście stwierdzałam, że powieść ta nie jest warta niszczenia mojego wiekowego czytnika.

I od fatalnej bohaterki – tak mocno nierzeczywistej i przerysowanej, nie odwróci uwagi fajnie skonstruowany świat, ciekawostki naukowe (które oczywiście przedstawia nam wszechwidząca Jazz) czy też sama, dosyć ciekawa intryga. 

I chociaż bohaterka jest już dorosłą kobietą nie sposób się nie zgodzić z twierdzeniem, że „Artemis” to książka młodzieżowa. Napisana jest prosto (nie licząc naukowych wstawek), akcja biegnie bardzo szybko (czasem aż za szybko), nie ma tu zbyt wielu wątków pobocznych.

„Artemis” to więc dosyć słaba powieść, nawet oceniając ją w kategorii młodzieżówek (do których i tak nie pasuje). Jest to dosyć naiwna książka o rozkapryszonej dziewczynie (kobiecie!) na księżycu. 




„Okrutna pieśń” to pierwszy tom serii „Świat Verity” autorstwa Victorii Schwab. Po powieść sięgnęłam dosyć instynktownie, podświadomie wiedząc, że to raczej książka z gatunku young adult. Liczyłam się z tym, że będzie ona nieco prosta, typowo przygodowa. I te przewidywania się zupełnie sprawdziły.

Niemniej jednak „Okrutna pieśń” to książka ciekawa, wciągająca i zaskakująca niemal na każdej stronie. Oczekiwałam innego potoczenia się losów głównych bohaterów i tu autorka zaskoczyła mnie na plus. Historia nie jest oczywista, trudno przewidzieć co się stanie.

Powieść Victorii Schwab to opowieść o dwójce młodych ludzi umieszczonych w dość mrocznym świecie. August to chłopak z Południowe Miasto, biedne i ciągle żyjące w strachu przed potworami i wewnętrznym podziałem. A podział już istnieje – za tak zwanym Szwem jest Miasto Północne, bogate, względnie spokojne bo bezpieczeństwo zapewnia potężny Cullum Harker.

Sam August jest potworem – Sunai, istotą niejako z kamienia, którego największą mocą jest muzyka. Dźwięk skrzypiec Augusta odbiera dusze tym, którzy dopuścili się zbrodni. Wraz z bratem i siostrą są jedynymi przedstawicielami tego gatunku, którego zadaniem jest obrona mieszkańców przed chaosem.

Rówieśniczką Augusta jest Kate – córka Harkera, która za wszelką cenę chce pokazać ojcu swoją siłę. Bohaterowie spotkają się w szkole, August ma za zadanie znaleźć się jak najbliżej dziewczyny i tak szybko się staje. Między Augustem i Kate, mimo całego ogromu przeciwieństw, rodzi się jakaś więź. Chociaż jeszcze oboje nie wiedzą, kim tak naprawdę są…

„Okrutna pieśń” to powieść, której dużym plusem jest stworzony świat. To miejsce nie tylko walki z potworami, ale i konfliktu między ludźmi. Tu ciągle panuje strach i niepewność, a wątły rozejm obu części miasta może w każdej chwili upaść. W to wszystko wmieszani są młodzi bohaterowie z dwóch odmiennych światów. Kate jest pewna siebie, chce pokazać swoją siłę nie patrząc na konsekwencje. August z kolei jest niepewny swoich kroków, boi się, że górę weźmie skryty w nim potwór. 

I nagle, w powieści Victorii Schwab następuje pewne pęknięci i odwrócenie ról. To świetne posunięcie pisarki, która nie pozwala nam na przewidzieć losów bohaterów. Oboje przejdą przemiany, oboje dostrzegą prawdę, którą kryli przed nimi bliscy. Oboje zobaczą, że nie można nikomu ufać. 

Najbardziej cenię w „Okrutnej pieśni” to, że autorka nie zrobiła z niej typowej młodzieżowej powieści opartej na znanym, jedynym słusznym schemacie. Nie ma tu wątku miłosnego (przynajmniej na razie). Książka kończy się w bardzo odpowiednim momencie, pozwala znowu snuć domysły, które na pewno się nie potwierdzą. 

„Okrutna pieśń” to dobrze napisana książka – bardziej zaliczę ją do powieści przygodowych z nutą fantasy. I z niecierpliwością będę czekała na kontynuację losów Kate i Augusta. 



Nie mam wyrobionego zdania co do twórczości Jojo Moyes. Jej „Zanim się pojawiłeś” było świetną książką, natomiast „Kiedy odszedłeś” było dla mnie drogą przez mękę. W ogólnym rozrachunku jest więc remis. Dlatego nie wiedziałam czego się spodziewać po „Ostatnim liście od kochanka”.

Po powieść tę sięgnęłam, bo wiele osób pisało, że to najlepsza książka Jojo Moyes. Potrzebowałam też jakiejś lekkiej, romantycznej lektury – bo przecież czasem i takie potrzeby mnie nachodzą. I okazuje się, że nie było tak źle.

„Ostatni lit od kochanka” to historia dwutorowa. Pierwsza z nich dotyczy Ellie, młodej i ambitnej dziennikarki, która zupełnie przypadkiem trafia na stare listy. I to właśnie one są przyczyną, dla której poznajemy drugą historię – dwójki kochanków Jennifer i Anthony’ego. To losy sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy jeszcze istniał wyraźny podział na wyższe sfery i zwykłych, szarych ludzi. Jennifer należała do tej pierwszej grupy, Anthony – był dziennikarzem specjalizującym się w wojennych reportażach. Nagle jednak tych dwoje połączyło uczucie. Uczucie zakazane. 

Jennifer miała męża, miała też swoje obowiązki i krępowały ją społeczne konwenanse. Jak można się domyśleć, cała ta historia opiera się właśnie na tym konflikcie, na poszukiwaniu wyjścia z trudnej sytuacji. Zarówno Anthony jak i jego wybranka musieli stanąć przed ogromnym dylematem.

Całą historię poznajemy z listów, pojawia się tu też narracja samej Jennifer. W międzyczasie z kolei poznajemy także skomplikowaną sytuację Ellie – te historie stworzą jednak całkiem przyjemną całość. 

Jojo Moyes niewątpliwie zaciekawiła czytelnika już samą formą powieści. Wiele się tu dzieje, „skaczemy” po bohaterach i fragmentarycznie poznajemy ich losy. Co zresztą dosyć nieźle pokryje się z samą sytuacją Jennifer, którą poznajemy tuż po wypadku, w którym częściowo straciła pamięć. 

To odkrywanie przeszłości to wielki atut tej powieści, w dobrym momencie urywa się też wątek Jennifer i Anthony’ego, a ich historia nie jest mdłą, byle jaką opowieścią o zakazanym romansie. Podobało mi się również to subtelne odniesienie do życia Ellie, która wraz z poznawaniem swoich listowych bohaterów, odkrywa też nową siebie.

„Ostatni list od kochanka” sprawia, że Jojo Moyes ląduje na mojej liście autorów, po których na pewno sięgnę w przyszłości. Niemniej jednak ciągle na uwadze będę miała to, że autorce zdarza się falować z poziomem powieści.




Z Zygmuntem Miłoszewskim spotkałam się po raz pierwszy przy okazji „Bezcennego”. Nie wspominam tej powieści jakoś szczególnie miło, ale wiem, że nie była też zła. „Jak zawsze” przyciągnęło jednak moją uwagę od razu – pewnie dlatego, że z kryminałem (za którymi nie przepadam) nie ma on nic wspólnego.

Akcja rozgrywa się w Warszawie w czasach właściwie współczesnych. Oto przed nami stają bohaterowie – Ludwik i Grażyna, wiekowa już para. Poznajemy ich w dniu 50 rocznicy wspólnego seksu. Teraz, gdy codzienność sprawia im wielki kłopot, a ciało odmawia posłuszeństwa, pragną oni uczcić ten dzień. Chcą powtórzyć pamiętny wieczór sprzed lat. Udaje im się to, jednak po przebudzeniu ich życie całkowicie się zmienia.

Nagle lądują oni w roku 1963, w rzeczywistości tylko częściowo im znanej. Powojenne losy Polski potoczyły się inaczej niż znamy to z historii. Nie ma komuny – jest sojusz z Francją, a bohaterem narodowym jest Eugeniusz Kwiatkowski. Oczywiście, władza ta nie każdemu się podoba. Nie każdy też chce, by Polska była krajem wzorowanym na Francji. Ale na razie mniejsza o to.

Ludwig i Grażyna lądują w mieszkaniu mężczyzny. Początkowo są zachwyceni tym, że od nowa są młodzi a ich ciała mogą pozwolić sobie na wszystko. Oczywiście wkrótce dociera do nich fakt, że rzeczywistość, w której się znajdują jest zupełnie inna niż pamiętają, muszą odnaleźć się w swoim nowym, ponownym życiu.
I to właśnie temat nieuchronnego losu, problematyka drugiej szansy staje się motywem przewodnim powieści „Jak zawsze”. 

Bohaterowie tuż przed przeniesieniem się w czasie, rozmawiali o tym, co by zmienili w swoim życiu. Teraz mają na to szansę. Ludwik to uznany psychiatra, Grażyna okazuje się nauczycielką wychowania do życia w rodzinie we francuskiej szkole, skierowanej dla młodych dziewczyn. 

Oboje zastanawiają się, co mogą osiągnąć w „nowym” życiu, mając wiedzę, jak potoczą się chociażby losy nauki czy rozwoju technologii. Oboje też myślą nad tym, czy nie czas zmienić swoje losy i zacząć żyć tak, jak marzyło im się będąc starcami.

„Jak zawsze” w pewnym sensie porusza też problematykę polityczną, niemniej jednak jest to dosyć luźny wątek, zgrabnie wpleciony w całą powieść. Oczywiście tematem będzie tu wpływ Rosji i to, co czeka Polskę pod protekcją Francji. 

Powieść Zygmunta MIłoszewskiego to dobrze napisana książka, okraszona niewymuszonym humorem, z pełnymi kolorytu postaciami. Mam jednak wrażenie, że to Grażyna jest wiodącym bohaterem, jest też lepiej wykreowana, ciekawsza niż Ludwig. Pełno w niej energii, dystansu do siebie i świata, ironicznego ale trzeźwego spojrzenia na świat.

„Jak zawsze” to jednak przede wszystkim rozważania o tym, czy można zmienić swój los i czy faktycznie chcemy zmieniać swoje życie. Ludwik i Grażyna dostają drugą szansę. Mogą naprawić błędy, mogą też osiągnąć wiele sukcesów, bo wiedzą, jak potoczą się losy świata. Przez ich rozważania, sam czytelnik zastanawia się, co zrobiłby na ich miejscu. Miłoszewski wzbudza więc naszą wyobraźnię.

„Jak zawsze” to książka godna polecenia – lekka, ale zmuszająca do przemyśleń. Zabawna, ale i poruszająca poważną tematykę. Na pewno jest też dobrze napisana, wciąga od samego początku i sprawia, że czas z nią spędzony jest niezwykle przyjemny.



Tarryn Fisher chyba już zawsze kojarzyć będzie mi się z mroczną, pełną przemocy literaturą, a znam jeszcze tylko „Margo”. Wraz z „Ciemną stroną” tworzą jednak obraz smutny, trudny i przede wszystkim niesamowicie brudny. 

Senna, uznana pisarka, pewnego dnia budzi się w obcym łóżku, w obcym domu. Nie pamięta wydarzeń poprzedniego dnia – jest zagubiona i pełna obaw. W domu znajduje jednak skrępowanego znajomego sprzed lat Isaaka, lekarza, który kiedyś mocno jej pomógł. Oboje znajdują się w zamkniętej przestrzeni, odcięci od świata, jedynie z zapasami jedzenia na kilka tygodni. 

Bohaterowie muszą rozwikłać zagadkę gdzie i dlaczego znaleźli się w takim położeniu. Od lat nie mieli kontaktu, pozornie nic ich nie łączy, każde z nich ma swoje życie. Kluczem do rozwiązania zagadki zdaje się być tutaj napisana przez Sennę powieść. Po kolei, krok po kroku, oboje będą musieli sięgnąć do przeszłości by uwolnić się z tajemniczego miejsca.

„Ciemna strona” to niezwykle – i to słowo chcę podkreślić, mroczny thriller. Wraz z bohaterami wędrujemy przez ich wspólną przeszłość. I to przeszłość okropną, tragiczną i trudną do zrozumienia. Senna ma za sobą nie tylko nieszczęśliwe dzieciństwo, została również skrzywdzona w dorosłym życiu. Cała jej egzystencja to ból, cierpienie i samotność.

Przez przypadek w jej życiu znalazł się właśnie Isaac. Próbował on poskładać Sennę, naprawić jej zdrowie nie tylko fizyczne, ale i psychiczne. Poświęca jej wiele czasu i energii, pełno tu zależności – jest też zarówno uczucie bliskości jak i nienawiść.

Tarryn Fisher wplotła tu mocny akcent powieści psychologicznej. Bohaterowie odbywają tu swego rodzaju spowiedź, która ma ich oczyścić z poczucia winy, z niemocy, poczucia niesprawiedliwości. Oboje wkrótce też będą musieli walczyć o przetrwanie. 

To wszystko robi z tej powieści książkę mroczną, gdzie nie widać żadnej nadziei. Nie wiemy czemu bohaterowie zostali porwani, wiemy tylko, że zostali niesamowicie skrzywdzeni. Ten ból wzrasta właściwie z każdą stroną, kiedy bardziej poznajemy ich historię.

„Ciemna strona” to niezwykle ciężka powieść. Poruszona tematyka przytłacza. Samej książce od strony technicznej nie można wiele zarzucić – może jedynie kreację Senny, którą mimo wszystko nieco trudno polubić. Co prawda można ją tłumaczyć, ale dla mnie była postacią nie tyle ostrożną w relacjach z innymi, co osobą samolubną, dbającą tylko o siebie. Ale… Tarryn Fisher napisała kawał dobrej powieści, zaskakującej na każdej stronie.




„Tekst” to moje pierwsze spotkanie z Dmitrym Glukhovskym. Nie wiedziałam, czego oczekiwać po tej książce i w ogóle po stylu autora. Okazało się jednak, że nie było się czego bać.

„Tekst” na pewno nie jest lekturą lekką i przyjemną. Jest brudna, bezwzględna i pełna niesprawiedliwości, na która nie można się zgodzić. Już sam klimat Moskwy i rosyjskiej prowincji budzi w nas dreszcze, a wszystko spotęguje historia głównego bohatera – Ilji. 

Ilja właśnie wychodzi z więzienia. Trafił tam bo wstawił się za swoją dziewczyną i przez bezwzględnego policjanta oskarżony zostaje o posiadanie i handel narkotykami. Staje się więc ofiarą ogromnej niesprawiedliwości i buty jednej osoby. Przez siedem lat chłopak stara się przetrwać katusze aresztu, wiedząc, że właśnie przeminęło jego życie. Świat wokół się zmienił, nie ma przyjaciół i przyszłości.

Ilję przy życiu trzyma matka. Niecierpliwie wraca od do rodzinnego domy, tylko po to, by dowiedzieć się, że ukochana rodzicielka zmarła kilka godzin wcześniej. Świat Ilji się załamał, a w jego umyśle zaczęła kiełkować myśl o zemście. I dzięki dziwnemu splotowi zdarzeń to się udaje. Ilja zabija policjanta, zabiera jego telefon i rozpoczyna długie dni pełne niepokoju, wyrzutów sumienia, strachu.

Największym przyjacielem bohatera „Tekstu” staje się ukradziony telefon. To dzięki niemu powoli poznaje swojego kata i ofiarę, wchodzi w jego życie, a i wkrótce odgrywa jego rolę.

„Tekst” to powieść ciężka. Przybija nas otaczająca bohatera niesprawiedliwość i niemoc działania. Nie widzi on szans na szczęście, a śmierć matki zupełnie go załamuje. Emocje popychają go do zemsty, która wprowadzi w jego życie nie ulgę, a jeszcze większy niepokój. Ilji współczujemy, ale wiemy, że zmierza on do tracznego końca. 

Ważnym rekwizytem – a właściwie bohaterem „Tekstu” staje się ukradziony telefon. W smart fonie zabitego policjanta jest całe jego życie – kontakty zawodowe, rodzinne, związek z młodziutką Rosjanką, wszelkie plany i niepokoje. Ilji udaje się odczytać całe życie swojej ofiary i przez wiele dni, głównie tylko za pomocą słów, może przeżywać życie policjanta.

„Tekst” Glukhovskiego jest to dzieło pełne. Tu wszystko do siebie pasuje – wydarzenia, bohaterowie, klimat. To też świetne dzieło pod względem literackim, dobrze napisane i konsekwentne do końca. Warto po tę powieść sięgnąć.


Instagram @postronie