„Krótka wymiana ognia” bez iskry

/ 20 kwietnia



Zupełnie nie wiedziałam czego spodziewać się po „Krótkiej wymianie ognia” Zyty Rudzkiej. Najpierw zdziwiło mnie to, jak krótka to powieść. Później przyszła treść… o której do tej pory nie wiem co sądzić.

„Krótka wymiana ognia” to opowieść i schyłku życia poetki Romy Dąbrowskiej. Albo nie – schyłek życia to złe określenie. Powieść ta to opis starzenia się, zmian jakie nieuchronnie zachodzą w ludzkim ciele i umyśle, o tym jak zmienia się postrzeganie otoczenia i jak to otoczenie widzi nas. Roma zauważa, że przyszedł definitywny kres jej młodości czy dojrzałości – oto znajduje się w miejscu, które prowadzi ją do śmierci. Ale nie tylko tej ostatecznej – śmierci życia towarzyskiego, erotycznego, kariery.

Roma wie, że jej życie się skończyło. Teraz rozlicza się z dotychczasową egzystencją a głównym tematem jej rozważań będzie życie erotyczne. Jednak nie ma tu wyuzdanych scen, wulgarności, namiętności. To proste podsumowanie partnerów, miłosnych uniesień i przygód. Dąbrowska żegna się też z obrazem utalentowanej poetki, bo dzisiaj z jej twórczości pozostało już niewiele.

Dąbrowska porusza też kwestie rodzinne i to chyba one w tej powieści podobały mi się najbardziej. Tu ciekawą jest relacja z matką – nieco wyobcowaną starszą panią, która nie szczędzi córce złych słów. Intryguje też relacja z byłym mężem. Ciekawie skonstruowana jest również historia córki – zaginionej, niezwykle utalentowanej pianistki. Zyta Rudzka świetnie stopniuje napięcie związane z tą historią.

Niestety, w „Krótkiej wymianie ognia” czegoś mi jednak brakuje. To powieść krótka, bez rozbudowanych wątków, sam język to pomieszanie potocznych wyrażeń z poetyckością pasującą do głównej bohaterki. Plusem jest to, że nie ma tu żadnej ckliwości, takiej słodko-gorzkiej spowiedzi Romy. Jest dosadne słownictwo, dystans, ironia – a to zaleta tej opowieści. Niemniej jednak powieść Zyty Rudzkiej mnie nie porwała, zabrakło mi tu jakiejś głębi, lepszego poznania bohaterów, rozbudowania wątków.

Powieść Zyty Rudzkiej nie będzie więc należeć do moich ulubiony, pewnie nie zapamiętam jej też na zbyt długo.




Zupełnie nie wiedziałam czego spodziewać się po „Krótkiej wymianie ognia” Zyty Rudzkiej. Najpierw zdziwiło mnie to, jak krótka to powieść. Później przyszła treść… o której do tej pory nie wiem co sądzić.

„Krótka wymiana ognia” to opowieść i schyłku życia poetki Romy Dąbrowskiej. Albo nie – schyłek życia to złe określenie. Powieść ta to opis starzenia się, zmian jakie nieuchronnie zachodzą w ludzkim ciele i umyśle, o tym jak zmienia się postrzeganie otoczenia i jak to otoczenie widzi nas. Roma zauważa, że przyszedł definitywny kres jej młodości czy dojrzałości – oto znajduje się w miejscu, które prowadzi ją do śmierci. Ale nie tylko tej ostatecznej – śmierci życia towarzyskiego, erotycznego, kariery.

Roma wie, że jej życie się skończyło. Teraz rozlicza się z dotychczasową egzystencją a głównym tematem jej rozważań będzie życie erotyczne. Jednak nie ma tu wyuzdanych scen, wulgarności, namiętności. To proste podsumowanie partnerów, miłosnych uniesień i przygód. Dąbrowska żegna się też z obrazem utalentowanej poetki, bo dzisiaj z jej twórczości pozostało już niewiele.

Dąbrowska porusza też kwestie rodzinne i to chyba one w tej powieści podobały mi się najbardziej. Tu ciekawą jest relacja z matką – nieco wyobcowaną starszą panią, która nie szczędzi córce złych słów. Intryguje też relacja z byłym mężem. Ciekawie skonstruowana jest również historia córki – zaginionej, niezwykle utalentowanej pianistki. Zyta Rudzka świetnie stopniuje napięcie związane z tą historią.

Niestety, w „Krótkiej wymianie ognia” czegoś mi jednak brakuje. To powieść krótka, bez rozbudowanych wątków, sam język to pomieszanie potocznych wyrażeń z poetyckością pasującą do głównej bohaterki. Plusem jest to, że nie ma tu żadnej ckliwości, takiej słodko-gorzkiej spowiedzi Romy. Jest dosadne słownictwo, dystans, ironia – a to zaleta tej opowieści. Niemniej jednak powieść Zyty Rudzkiej mnie nie porwała, zabrakło mi tu jakiejś głębi, lepszego poznania bohaterów, rozbudowania wątków.

Powieść Zyty Rudzkiej nie będzie więc należeć do moich ulubiony, pewnie nie zapamiętam jej też na zbyt długo.

Kontynuuj czytanie



O „Papierowej księżniczce” sporo się nasłuchałam – że jest kontrowersyjna, pełna przemocy, może nieco wulgarna i przekoloryzowana, momentami żenująca i naiwna. Cóż, na pewno jest tu nieco racji, ale ja mam trochę inne spojrzenie.

Bohaterką powieści (a właściwie serii) jest 17-letnia Ella, dziewczyna mocno doświadczona przez życie. Wychowywała ją samotna matka, parająca się striptizem i wielokrotnie źle lokująca swoje uczucie i zaufanie. Kobiety często zmieniały miejsce zamieszkania, zawsze przed czymś uciekały. Zatrzymała je choroba matki Elli, a później jej śmierć. W tym trudnym momencie dziewczyna musiała przejąć na siebie wszystkie obowiązki, zapewnić finansowanie leczenia i zadbać o spłatę licznych długów. Ella idzie więc w ślady matki – tańczy w nocnych klubach, by zarobić na życie.

Ella ma jednak jedno marzenie – ukończyć szkołę i wyrwać się z nijakiego losu. Wszystko zmienia się, gdy do jej szkoły przyjeżdża głowa rodziny Royal – już samo nazwisko wskazuje z kim mamy do czynienia. Bajecznie bogaty ród, mający wszystko o czym można zamarzyć. Okazuje się, że Cullum Royal jest wykonawcą woli ojca Elli, zostaje jej prawnym opiekunem. Dziewczyna wkroczy więc w zupełnie nowy świat.

„Papierowa księżniczka” to na pewno powieść naiwna i słodka. Ella to faktycznie taki Kopciuszek, który z biedy, trafia na salony. Może mieć wszystko, chociaż ciągnie się za nią smutna przeszłość. Dziewczyna będzie musiała jednak zawalczyć o prawo do istnienia w świecie bogaczy – najpierw „popalić” jej dadzą synowie Culluma a później rówieśnicy. Oczywiście Ella trafia do prywatnej szkoły pełna rozpieszczonych nastolatków. A rządzą nimi młodzi Royalowie.

To powieść naiwna bo Elli właściwie wszystko przyjdzie z łatwością – nowy dom, pieniądze, praca, nauka idzie jej świetnie, powoli zdobywa przyjaciół i po kilku słabych incydentach zyskuje szacunek reszty rówieśników, w tym Royalów. Ta historia pozbawiona jest jakiejkolwiek głębi, można się jej doszukiwać we wpływie Elli na nową rodzinę, ale to i tak bardzo naciągana teoria. Ot po prostu historia o nastolatce, która nagle ma wszystko o czym marzyła.

Nie zachwyca sam język tej powieści, pewnie wiele osób razić będzie obecny alkohol, narkotyki, wulgaryzmy, bezwzględność młodych ludzi, seks – ale z drugiej strony część z bohaterów to według naszego prawa osoby pełnoletnie, sama Ella ma 17 lat i znając współczesnych nastolatków, takie rzeczy dziwić nikogo nie powinny. Poza tym nie są to elementy jakoś szczególnie wyolbrzymione, nie są w żadnym wypadku kontrowersyjne. Można też narzekać na puste przemyślenia bohaterów, ich nijakie pragnienia, płytkie dialogi – ale to przecież młodzi ludzie. Sama miałam głupie pomysły (choć na pewno nie aż tak) będąc nastolatką – i pewnie każdy z nas jak wróci do przeszłości i swojego postępowania, w niektórych momentach sam się będzie siebie wstydził ;)

„Papierowa księżniczka” to niewymagająca lektura, lekka, niesamowicie szybko się ją czyta (ja pochłonęłam ją w trzy godziny), jest też wciągająca. To powieść z gatunku tych, do których ciężko się przyznać, że się je czytało – ale jako książka, która ma nas oderwać od otoczenia, być tylko i wyłącznie pozycją relaksującą, sprawdzi się dobrze. Ja z chęcią sięgnę po kolejny tom!





Jestem zaskoczona tak wysokimi ocenami książki Martyny Senator „Z popiołow”. Sugerują one świetną książkę, a tymczasem uważam ją za dosyć przeciętną z kilkoma irytującymi momentami.

Wyjaśnienie jednak pewnie jest jedno – sama tematyka, jaka została w tej powieści poruszona. Tylko jak mam to napisać, nie zdradzając treści CAŁEJ książki? Cóż, muszę to wyjaśnić „na około”. Myślę, że czytelnicy skupili się właśnie na tym, co spotkało główną bohaterkę – Sarę, a nie na samej konstrukcji powieści, jej języku, dopracowaniu bohaterów i przedstawionego świata.

„Z popiołów” to taka „codzienna” książka. Skupia się na znanej nam rzeczywistości, bohaterowie powieści mogą żyć tuż obok nas, znamy miejsca i realia świata, o którym pisze Martyna Senator. I to jest spory pozytyw tej książki. Niemniej jednak cała reszta jest dosyć… nudna a w pewnych momentach irytująca.

Sara zmaga się z bolesną przeszłością, która skutecznie odgradza ją od własnych marzeń i pragnień. Dziewczyna chowa się we własnej strefie komfortu, nie pozwala też sobie na bliższe związki z innymi ludźmi, ma też nieciekawą relację z rodzicami. Całe „Z popiołów”, co sugeruje już sam tytuł, będzie opisem drogi bohaterki do odrodzenia i pozwolenia sobie na szczęście.

Tylko że ta historia nie jest aż tak ciekawa, by rozłożyć ją na taką powieść. O tym, co zdarzyło się Sarze dowiemy się na ostatnich stronach. Cała książka będzie więc pełna domysłów (a łatwo się domyśleć) i będzie historią, gdzie bohaterka krok po kroku przełamuje własne ograniczenia. A będzie to publiczny występ wokalny oraz spotkania z nowo poznanym chłopakiem. Nie ma tu głębszych przemyśleń, nie ma emocji, nie ma zwrotów akcji. Nic. W powieści czeka się jedynie na „spowiedź” Sary, która nie będzie dla nas żadnym zaskoczeniem.

Wspominałam o irytacji podczas czytania tej książki – najsłabszym punktem „Z popiołów” są dialogi. Większość z nich jest zupełnie nienaturalna. Bohaterowie mówią do siebie jak filozofowie, pełno tu sentencji, prawd życiowych, których nie powstydziłby się Paulo Coelho. Te wypowiedzi są tak górnolotne i wyszukane, że czasami aż je pomijałam. Bohaterami są dwudziestokilkulatkowie – nawet inteligentni i wykształceni ludzie nie zwracają się do siebie takim językiem w potocznej rozmowie!

Podsumowując, „Z popiołów” to taka przeciętna historia, którą na szczęście szybko się czyta. Łatwo się zidentyfikować z bohaterami, świetnie odnajdziemy się w świecie Martyny Senator, ale to wszystko jest dosyć nijakie. Brakuje charakteru, historia jest zbyt idealna, denerwuje język powieści. Nie polecam, ani nie odradzam, bo dla zrelaksowania i niezobowiązującego czytania powieść ta się pewnie sprawdzi dosyć dobrze.




Bywają takie serie (i to chyba niestety zbyt często), w których każda następna książka jest gorsza od swojej poprzedniczki. Jak na razie zaliczyć będę do nich musiała „Firebird” Claudii Gray.

„Dziesięć tysięcy słońc nad tobą” to drugi tom serii „Firebird”. Tych książek nie da się czytać oddzielnie, każda kolejna to następstwo poprzedniczki. Warto też czytać je w dosyć małym odstępie czasu, żeby nie umknęło nam nic istotnego. Ale to i tak nie zagwarantuje wam pełni zrozumienia oraz pewności, że wiecie o co w tej powieści chodzi. Początek drugiej części to dla mnie jakieś nieporozumienie jeśli chodzi o konstrukcję i narrację.

Dlaczego? Po pierwszych stronach upewniałam się czy na pewno sięgnęłam po dobrą książkę, a mimo tego, że sprawdziłam kolejność – wróciłam do „Tysiąca odłamków ciebie” bo po prostu nie wiedziałam o czym pisze autorka. I tu też nie znalazłam odpowiedzi. Okazuje się, że pani Gray postanowiła namieszać w kolejności zdarzeń. To, co dzieje się na początku „Dziesięciu tysięcy…” wyjaśni się dopiero za kilka stron! Totalnie nietrafiony zabieg, który gubi czytelnika! Tego nie robi się tak „małym odcinku” historii!

Marguerite Caine, główna bohaterka, w tej  części wyruszy na poszukiwanie ratunku dla swoich dwóch przyjaciół – Theo i Paula. Paul został rozszczepiony przez złowrogiego Wyatta, a Theo zmaga się z wyniszczającym działaniem narkotyku zwanego Włamywaczem. Aby uratować mężczyzn, Meg zawiera umowę z Wyattem – w odwiedzanych światach ma sabotować odkrycia swoich rodziców i po kolei zbierać odłamki duszy Paula.

To właściwie główny wątek „Dziesięciu tysięcy słońc nad tobą”. W końcówce pojawi się nowy, ale on będzie już przedmiotem trzeciej części i to w niej wypada go oceniać. Jak więc przedstawia się drugi tom historii Claudii Gray? Tak sobie. Świat powieści nie jest już w żaden sposób odkrywczy, czytelnik zna działanie Firebirda, wie o innych wszechświatach i o tym, jak zachowują się bliźniacze osobowości. Nie można więc tej powieści dać plusa za kreację rzeczywistości. Sama Meg wpada w karuzelę przemyśleń, a głównym ich tematem będzie znany już nam trójkąt miłosny. Znowu nic odkrywczego…

Samo poszukiwanie dusz Paula też nie jest jakąś porywającą historią, Meg idzie to całkiem sprawnie i właściwie w tylko jednym świecie napotyka na pewne niedogodności. Właściwie ta historia robi się nieco nudnawa – wiele nadziei pokładam w wątku, który pojawił się na końcu powieści, ale to jedynie epizod, który rozwinie się w części trzeciej. 

„Dziesięć tysięcy słońc nad tobą” to taka dosyć przeciętna powieść, wiele jest tu przypomnień z części pierwszej, akcja biegnie sprawnie, ale mimo wszystko trochę nuży. Brakuje tutaj jakiegoś mocnego akcentu, jakiegoś zaskoczenia, całkowitego przemieszania akcji. Pozostaje mieć nadzieję, że „Milion światów z tobą” będzie lepsze.




Nadszedł ten moment, którego bardzo nie lubię – skończyłam serię. Tym razem to „Odrodzone królestwo” Elżbiety Cherezińskiej. Podobno ma być kontynuacja, ale kiedy? Tego nikt nie wie.

„Płomienna korona” (na razie) kończy cykl „Odrodzonego królestwa”. To najbardziej obszerna z trzech powieści, które wyszły spod pióra znakomitej polskiej autorki Elżbiety Cherezińskiej. Tego właśnie w seriach książkowych nie lubię – trzeba długo czekać na kontynuację.

Tym razem głównym bohaterem (chociaż w sumie u Cherezińskiej jest wielu głównych bohaterów) jest Władysław Łokietek, który coraz mocniej dąży do zjednoczenia królestwa i zdobycia korony polskiej. Oczywiście w powieści tej spotkamy dobrze znane nam już postaci – towarzyszy Łokietka, Rikssę, Henryka z Lipy, Jana Muskatę, Zarembów, Jakuba Świnkę i wielu wielu innych. Oczywiście przed bohaterami piętrzyć się będą problemy, będą kolejne spiski, knowania, testy z umiejętności prowadzenia negocjacji, sporo polityki i kilka morderstw. 

Pojawią się też nowe wątki i nowe postacie – w „Płomiennej koronie” prym wiedzie tajemniczy Borutka. Jak można wywnioskować już z samego imienia, to istny diabeł, który akurat w powieści będzie aniołem stróżem Władysława Łokietka, postacią świetnie wykreowaną – zabawną, inteligentną, przebiegłą.

Właściwie można powiedzieć, że gdyby wszystkie tomy połączyć ze sobą, to nie byłoby widać różnic między nimi. Elżbieta Cherezińska nie pisała ich na siłę, każdej poświęcała masę uwagi, dbała o szczegóły, dokładność, narrację. To naprawdę rzadko się zdarza, żeby każda książka z cyklu była napisana na tak wysokim i równym poziomie! I pomimo tego, że każda z jej książek to opasłe tomiszcze, nie mamy wrażenia, że czegoś jest tu za dużo, że jakieś wątki są zbędne i nużą czytelnika. Nawet 1070 stron „Płomiennej korony” to zdania, które w tej powieści były niezbędne i nie wyobrażam sobie, żeby ktoś próbował skrócić tę powieść.

Cała seria „Odrodzone królestwo” to świetne książki – monumentalne, wciągające powieści, które myślę, że spodobają się nie tylko pasjonatom historii. Tak, przeraża ich objętość, ale naprawdę warto poświecić tym książkom więcej czasu. Mam nadzieję, że kolejne przygody polskich władców – tym razem króla Kazimierza, szybko pojawią się na rynku!




Szybko i na temat – „Mistrz magii”, tak jak i cała seria, to dla mnie świętość. Uwielbiam ją i nie zmieniło się to wraz z upływem czasu. Nie zmieniło się też to, że drugi tom „Sagi o wojnie światów” uważam za lepszy niż pierwszy.

„Mistrz magii” to już bardziej „dorosła” część. Przy „Adepcie magii” zaznaczałam, że powieść ta sprawia wrażenie młodzieżowej. Zaznaczałam również, że sama akcja obejmuje kilka lat, normalnym więc jest, że dojrzeją i bohaterowie. I w drugim tomie widać tę zmianę bardziej. Ta część jest po prostu mocniejsza, akcja dalej jest szybka, ale postacie wykreowane przez Raymonda E. Feista są tu najważniejsze.

W Midkemii trwa wojna – już od kilku lat trwają wyniszczające zmagania, a końca ich nie widać. Pug jest teraz niewolnikiem, Tomasem władają za to coraz bardziej nieczyste siły. A kraj pochłania chaos i rozgrywki możnych. Ale dzieje się coś, na co nikt nie był przygotowany. Adept magii staje się „Czarnym” – wielkim magiem Tsuranich. Okazuje się, że w Pugu ukryte były ogromne zdolności. Po wyczerpujących latach nauki, chłopiec – a właściwie już mężczyzna, staje się wolny. Teraz będzie musiał wybrać, który świat jest dla niego najważniejszy.

Te działania Puga to na szczęście nie jedyny wątek powieści. Mamy też elfów wraz Tomasem, władców poszczególnych królestw, przemytników i złodziei. Jest też tajemniczy Marcos. Wszystko to sprawia, że „Mistrz magii” jest powieścią, w której sporo się dzieje i na nudę nikt nie powinien narzekać.

W powieści tej nie zabraknie intryg, wewnętrznych konfliktów, pojedynków, polityki, miłości, świetnych bohaterów i licznych zwrotów akcji. Jest też i magia, jak na prawdziwą powieść fantasy przystało. „Mistrza magii” szybko się też czyta, a przygody pochłaniają coraz mocniej wraz z kolejnymi stronami.

Przy tych powieściach staram się być obiektywna, staram się widzieć nie tylko liczne zalety, ale też i wady. Bo one na pewno są. Jednak dla tak dobrze skonstruowanych historii, światów, bohaterów – warto przymknąć na nie oko. Feist stworzył właściwie serię monumentalną, bo jego kolejne powieści dalej osadzone będą w Midkemii i dalej zahaczać będą o znanych nam bohaterów. I dobrze, bo naprawdę można się z nimi zaprzyjaźnić.




Marzec, pod względem ilości przeczytanych książek, był gorszy od lutego. Usprawiedliwienie jednak mam dobre.

W marcu udało mi się przeczytać siedem książek, jestem też w połowie ósmej. Dlaczego trafił się słabszy wynik? Po prostu w tym miesiącu postanowiłam przeczytać serię „Odrodzone królestwo” Elżbiety Cherezińskiej, a to opasłe tomiszcza!

Jakie powieści przeczytałam i jak je oceniam?

- „Korona śniegu i krwi” oraz „Niewidzialna korona” Elżbiety Cherezińskiej – książek tych chyba nie trzeba reklamować. To fantastyczne powieści historyczne, pełne rozmachu, niesamowitych przygód i jeszcze lepszych bohaterów. Jestem też w połowie „Płomiennej korony” i nie odbiega ona swoim poziomem od poprzedniczek.

- „Tysiąc odłamków ciebie” – lekka, przyjemna i zaskakująca powieść. Dosyć udany początek trylogii, która jeszcze przede mną. Fabuła bardzo na plus, nic nie jest oczywiste, przyjemny wątek miłosny. Zobaczymy, co będzie dalej.

- „Kształt wody” – powieść i film, o których wszędzie głośno. Dla mnie książka nie była jakoś specjalnie wciągająca, skupiła się na bohaterze, którego lubić się nie da, zbyt dużo jest też pobocznych, choć związanych ze sobą wątków. Do filmu ta książka mnie nie zachęcił.

- „Rdza” Jakuba Małeckiego to kolejna książka, która pokazuje siłę polskiej literatury. Niby powieść traktująca o codziennym, ciężkim życiu, ale świetnie napisana, intrygująca i w pewnym stopniu magiczna.

- „Adept magii” i „Mistrz magii” Raymonda E. Feista to powrót do serii po latach. Dla mnie powieści szczególne, fantastyczne, chociaż lekkie. Wspaniały świat, masa przygód i magia. Czego chcieć więcej?

Instagram @postronie