„Miłość” nie tak dobra jak „Sońka”. Ale przyjemna

/ 18 stycznia

Ignacy Karpowicz chyba już zawsze kojarzyć mi się będzie z „Sońką”. Liczyłam, że zastąpi ją „Miłość”, ale niestety – ta książka nie wywarła na mnie aż tak dużego wrażenia. Ale! To dalej kawałek dobrej literatury.

Łatwo można się domyśleć o czym jest najnowsza powieść Ignacego Karpowicza. Piszę powieść, chociaż bardziej formą przypomina zbiór opowiadań. Niemniej jednak każda sześciu części jest z sobą powiązana. To niejako lustrzane odbicia poruszające tę samą problematykę w innej rzeczywistości.

Mamy tu powojenny dworek, futurystyczny świat i rzeczywistość bardziej nam współczesną. W każdej z nim kontemplowana jest miłość. Karpowicz jednak swoją uwagę skupia na homoseksualności – ją rozpatruje pod wieloma względami.

W „Miłości” główną rolę odgrywa bohater walczący z własnym ja, z własną seksualnością. To człowiek rozbity, doświadczony, którego życie pozbawione jest uroku. Musi walczyć nie tyle ze społeczeństwem, co z własnym „ja”. Poznajemy jego drogę do poznania siebie  - do szczęścia. Od wyparcia, depresji po akceptację i sięgnięcie po to, czego pragnie. 

W powieści Karpowicza jest też jeden mocny akcent – a więc część futurystyczna. Tu homoseksualizm traktowany jest jak choroba, znany i stosowany jest też sposób, by wyeliminować ją ze społeczeństwa. To nieco przerażająca historia, kiedy człowiek pozbawiony zostaje własnej osobowości… 

„Miłość” to świetnie napisana książka, która sięga do naszych emocji. Dużo tu rozważań, sporo czytelnik musi przemyśleć. Karpowiczowi właściwie nic złego nie można zarzucić… ale w powieści tej brakuje mi jakiejś magii i klimatu. Co nie sprawia jednak, że książkę tę oceniam negatywnie! Jest dobra, ale nie wyśmienita.


Ignacy Karpowicz chyba już zawsze kojarzyć mi się będzie z „Sońką”. Liczyłam, że zastąpi ją „Miłość”, ale niestety – ta książka nie wywarła na mnie aż tak dużego wrażenia. Ale! To dalej kawałek dobrej literatury.

Łatwo można się domyśleć o czym jest najnowsza powieść Ignacego Karpowicza. Piszę powieść, chociaż bardziej formą przypomina zbiór opowiadań. Niemniej jednak każda sześciu części jest z sobą powiązana. To niejako lustrzane odbicia poruszające tę samą problematykę w innej rzeczywistości.

Mamy tu powojenny dworek, futurystyczny świat i rzeczywistość bardziej nam współczesną. W każdej z nim kontemplowana jest miłość. Karpowicz jednak swoją uwagę skupia na homoseksualności – ją rozpatruje pod wieloma względami.

W „Miłości” główną rolę odgrywa bohater walczący z własnym ja, z własną seksualnością. To człowiek rozbity, doświadczony, którego życie pozbawione jest uroku. Musi walczyć nie tyle ze społeczeństwem, co z własnym „ja”. Poznajemy jego drogę do poznania siebie  - do szczęścia. Od wyparcia, depresji po akceptację i sięgnięcie po to, czego pragnie. 

W powieści Karpowicza jest też jeden mocny akcent – a więc część futurystyczna. Tu homoseksualizm traktowany jest jak choroba, znany i stosowany jest też sposób, by wyeliminować ją ze społeczeństwa. To nieco przerażająca historia, kiedy człowiek pozbawiony zostaje własnej osobowości… 

„Miłość” to świetnie napisana książka, która sięga do naszych emocji. Dużo tu rozważań, sporo czytelnik musi przemyśleć. Karpowiczowi właściwie nic złego nie można zarzucić… ale w powieści tej brakuje mi jakiejś magii i klimatu. Co nie sprawia jednak, że książkę tę oceniam negatywnie! Jest dobra, ale nie wyśmienita.

Kontynuuj czytanie


Postanowienia noworoczne są straszne. Człowiek robi sobie nadzieję, że to właśnie teraz będzie rok przełomu, życie się odmieni, raj na ziemi. Też wpadam w ten nurt planowania i wmawiania sobie, że teraz będzie już tylko fantastycznie. Tymczasem przeważnie nic z tego nie wychodzi. Ale – marzenia nie kosztują. A może przemyślenie pewnych spraw pozwoli na jakiś krok naprzód.

Skoro piszę to tutaj, to zacznę od „blogowej” listy marzeń. A ta od września się nie zmieniła – systematycznie czytać i pisać. Na ten rok książkowym celem jest 100 przeczytanych pozycji. Czy się to uda? Wierzę, że jest na to spora szansa. Z pisaniem… no cóż, może być różnie. Ciągle brakuje mi przekonania co do słuszności działań. 

Na pewno chcę jednak spróbować – zwiększyć jakość, zdecydowanie poprawić treści, systematyczność, znaleźć coś nowego, czego może  w blogosferze książkowej nie ma (a to chyba najtrudniejsze zadanie). Ciągle też myślę nad odejściem nieco od książek – wprowadzeniem trochę life stylu, ale chyba tak wiele ciekawych rzeczy się w moim życiu nie dzieje. W każdym razie – chcę, by Strona po stronie była taka MOJA.

Na pewno chcę też poprawić zdjęcia, które są zarówno na blogu jak i na Instagramie. Na razie widzę, że to właśnie Instagram ma swoją wielką (dłuższą) chwilę chwały. Marzy mi się w grudniu 1000 obserwatorów 💗

Jednak na styczeń (a i pewnie luty) mam na jeszcze ważniejszą misję. Późną jesienią pojawiły się, mam nadzieję, że małe, problemy zdrowotne, z którymi walczę. Chcę, by to właśnie styczeń rozwiązał wszystkie problemy, ale biorąc pod uwagę, że już połowa miesiąca, to marnie to widzę…

Ze zdrowiem ściśle związane jest inne marzenie – wypracowanie formy życia. Właściwie ubiegły rok był w miarę przełomowym jeśli chodzi o moje treningi. Szło mi to nawet regularnie, choć bez spektakularnych efektów. Plany popsuły się właśnie jesienią, ale z drugiej strony problemy ze zdrowiem pokazały, jak bardzo na ćwiczeniach mi zależy i jak mocno chcę do tego wrócić. Będzie to wszystko trudne, bo na zejściu z wagi mi w ogóle nie zależy – chcę w końcu zobaczyć swoje mięśnie, marzy mi się szpagat (jak chyba każdemu trenującemu) i inne dziwne sprawy jak stanie na rękach chociażby ;)

Ważne jest też dla mnie wypracowanie w tym roku spokoju i stabilizacji. Wymagać to będzie wysiłku, ale… może dam radę.



„Wzgórze psów” to książka, która początkowo może przerazić swoją objętością. Jakub Żulczyk dał czytelnikom niemal 900 stron… 900 stron pełnych napięcia, wciągających i niestety niezwykle szybko mijających.


Do Jakuba Żulczyka podchodzę już z pewnym zaufaniem. „Ślepnąć od świateł” było powieścią, która mi się podobała, dobrze wspominam też „Zmorojewo”. Pisarz był też autorem scenariusza do pierwszego sezonu serialu „Belfer” – który był obrazem niezwykłym, zwłaszcza jak na polskie warunki. Nad „Wzgórzem psów” się nie zastanowiłam i kupiłam z przekonaniem. 

Trochę dłużej zajęło mi jednak rozpoczęcie powieści. Przerażała jej objętość, bałam się, że – biorąc pod uwagę nawał obowiązków, będę tę książkę czytać zbyt długo. Tak długo, że w jej środku zapomnę o czym czytałam na początku. Na szczęście (i nieszczęście jednocześnie), „Wzgórze psów” czyta się błyskawicznie, a te 900 stron to zdecydowanie za mało!

Jakub Żulczyk znowu stworzył „brudną” rzeczywistość. Akcja umieszczona jest w małym miasteczku, gdzie każdy się zna, a życiem mieszkańców rządzi garstka silnych indywidualności. Do miejsca po latach tego powraca 30-letni Mikołaj wraz z żoną Justyną. Życie w Warszawie im się nie powiodło. Ona jest dziennikarką z misją, którą zwolniono z pracy. Mikołaj jest pisarzem, który znalazł się w momencie niemocy twórczej. Ciągną się za nimi długi, niespełnione marzenia i kryzys w związku.

Mikołaj do miasteczka wraca też pełen złych wspomnień. To tu przeżył płomienną pierwszą miłość, która zakończyła się tragicznie. To tu zaczęły się jego problemy psychiczne, które w Warszawie skończyły się uzależnieniem od narkotyków. Mężczyznę uratowała właśnie Justyna i książka – dzieło, w którym bohater rozlicza się z miasteczkiem, w który wyrósł, przedstawiając je od jak najgorszej strony.

Teraz Mikołaj musi skonfrontować się ze swoimi sąsiadami, których w książce niemal oczernił. Musi też zmierzyć się z ponurą rzeczywistością, masą problemów  a także walką części mieszkańców z obecną lokalną władzą i układami. Tyle tylko, że problemem Mikołaja jest niechęć do działania, podjęcia jakichkolwiek decyzji…

„Wzgórze psów” to jednak przede wszystkim mroczny thriller. W miasteczku dzieją się bowiem dziwne rzeczy. Znikają pewne osoby, wszechobecna jest przemoc, wulgarność, brak zasad. Prowincja ocieka tajemnicami i brudem, nie zapomniano tu o dawnych urazach, a każdy walczy jedynie o swoje dobro.
Powieść Żulczyka ma niepowtarzany klimat, wciągającą akcję i silnie zarysowanych bohaterów. Na małomiasteczkową rzeczywistość patrzmy też z kilku stron – autor oddaje głos swoim postaciom, co jeszcze mocniej buduje napięcie i daje też szeroki obraz opisanej historii.

Nie pozostaje mi nic innego jak jedynie polecić „Wzgórze psów” każdemu – nawet tym czytelnikom, którzy za takim gatunkiem literatury nie przepadają.




Cóż, kolejny rok za nami. W moim przypadku był to przede wszystkim czas zmian w życiu prywatnym. I w pewnym stopniu książki na tym ucierpiały. Ale do rzeczy!

Na ten rok założyłam sobie wysoki cel ilości przeczytanych książek –aż 120. Udało się zrealizować jedynie ¼   - przeczytałam TYLKO 35 książek. Dla mnie jest to wynik tragiczny. Usprawiedliwiam to jednak zmianami jakie w tym roku zaszły w moim życiu, trochę dołożył się do tego natłok obowiązków, ale przede wszystkim moje lenistwo. Pocieszające jest to, że wynik z 2017 roku jest nieco lepszy niż ten z 2016. 

W tym roku chcę przeczytać 100 książek i wierzę, że się to uda!



Która z książek najbardziej zapadnie mi w pamięć? Zdecydowanie ta ostatnia z przeczytanych w 2017 roku – „Wzgórze psów” Jakuba Żulczyka (o niej więcej wkrótce na blogu). Pozytywne wrażenie pozostawi też seria „Osobliwy dom panie Peregrine”, dwie książki Szczepana Twardocha „Król” oraz „Ballada o pewnej panience”. Oczywiście wielkie wrażenie zrobiło też „Małe życie”.

Rok 2017 to też istotna dla powtórka czytania serii „Szklany tron” Sarah J. Maas. Zawsze dosyć sceptycznie podchodziłam do faktu ponownego czytania tej samej książki we właściwie krótkim odstępie czasu. Z drugiej jednak strony pokazało mi to, jak wiele się zapomina, jak dużo umyka i że książkę przeczytaną kolejny raz, odbiera się inaczej – skłonię się do stwierdzenia, że wywołuje ona lepsze wrażenie.



Ale żeby nie było tak słodko… Ten rok to nie tylko porażka pod względem ilości przeczytanych książek. Miałam w planach przeczytanie powieści, które są na mojej liście „od zawsze”. Nie udało mi się też obejrzeć zaplanowanych filmów i seriali. 

Do blokowania wróciłam, ale nadal bez przekonania i większego zaangażowania. I mam z tego powodu spore wyrzuty sumienia.

Jest więc nad czym pracować w 2018 roku!

A o planach na najbliższe dwanaście miesięcy postaram się napisać już wkrótce. Muszę najpierw to przemyśleć ;)


Podsumowanie 2017 roku

by on 02 stycznia
Cóż, kolejny rok za nami. W moim przypadku był to przede wszystkim czas zmian w życiu prywatnym. I w pewnym stopniu książki na tym ucier...


„Ballada o pewnej panience” to kolejna książka Szczepana Twardocha, która przenosi nas w inny świat. I chociaż tym razem autor zaserwował czytelnikom zbiór opowiadań, to są one po prostu świetne.

Osobiście za wszelkimi krótkimi formami narracyjnymi nie przepadam. Lubię powieści obszerne, w których świecie mogę się zanurzyć i gdzie mogę zżyć się z bohaterami. Jednak robię czasem nieliczne wyjątki i sięgam po opowiadania. Nad Twardochem się długo nie zastanawiałam – to którego twórczość jest pewnikiem świetnych wrażeń.

Nie pomyliłam się!

„Ballada o pewnej panience” to zbiór 11 opowiadań. Historie powstawały na przełomie lat 2009 – 2016. To w większości opowieści o ciężkiej prozie życia, o problemach życia codziennego i niespełnionych marzeniach. Często historie te są związane ze Śląskiem. Ale każda ma swój odrębny, specyficzny klimat.

Najbardziej „odstającą” od całości opowieścią jest „W piwnicy”. To najkrótsza historia, bardzo tajemnicza i w pewien sposób zabawna. I to właśnie ona najbardziej zapadła mi w pamięci. Kolejnymi świetnymi opowiadaniami są „Masara” oraz „Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka”. Ta druga to przykład brudnej prozy i zepsutego świata.

Wzruszeń dostarczy za to „Tak jest dobrze”. To opowieść o cierpieniu mężczyzny, który stracił żonę i syna. Piękna historia o miłości i samotności. Na uwagę zasługuje też „Moje życie z Kim” o jednym wydarzeniu, które wspominać można przez lata.

Warto sięgnąć po „Balladę o pewnej panience” bo w zbiorze tym każdy znajdzie coś dla siebie. Oczywiście wolę Twardocha w obszerniejszym wydaniu, ale opowiadania te spełniły moje oczekiwania.



Za nami ostatni odcinek drugiej, i zapewne nie ostatniej, serii „Belfra”. I o ile zakończenie pierwszego sezonu było „petardą”, tak teraz zostałam rozczarowana…

„Belfer” szybko zdobył serca widzów. Wreszcie pokazano polską produkcję, która została świetnie zrealizowana, miała przeciekawą fabułę i doskonałych aktorów.

 Odcinki trzymały w napięciu, a każdy właściwie mieszał w głowach widzom. Pierwszy sezon „Belfra” oglądałam z ogromny zainteresowaniem. Niecierpliwie wyczekiwałam też kolejnego sezonu.

Ale tu pojawiała się już pewna obawa. Czy dorówna on pierwszemu sezonowi? Czy twórcom nie zabraknie pomysłów, a całość nie będzie nieco naciągana? No cóż. Trudno sprostać rosnącym wymaganiom widzów.

I chyba całościowo można stwierdzić, że „Belfer 2” rozczarował. Psuć zaczęło się chyba od piątego odcinka. W ogóle to zakładałam, że ten sezon też będzie miał dziesięć epizodów, twórcy jednak szybko rozwiązali całą zagadkę.

No właśnie – zagadka. Można było się spodziewać, że będzie kolejny zwrot, że winnym całego zamieszania okaże się bohater, po którym byśmy się tego nie spodziewali. I tak się stało. Ale cała historia jest bardzo mocno nierealna, naciągana i najzwyczajniej nie fajna. Poza tym chyba jakoś mi umknęło kim w końcu był portier (czy po prostu tego nie wytłumaczono?!).

Mam trochę wrażenie, że twórcy „Belfra 2” postawili na szokowanie widzów, na krew, morderstwa i sceny walki. A w całości zapomnieli o najważniejszym – fabule. To chyba choroba, którą zarazili się of „Watahy” ;)

Niemniej jednak „Belfer” to nadal dobry serial, warty obejrzenia. Ale od drugiej serii nie można oczekiwać takich wrażeń jak od pierwszej. 

Czekamy na kolejne odcinki bo jestem przekonana, że one powstaną.




O tym, że „Margo” mam na półce, zapomniałam na kilka dobrych tygodni. Kiedy już sobie o niej przypomniałam i przeczytałam wszelkie okładkowe opisy, byłam niemal pewna, że oto przed mną leży książka naładowana emocjami i która nie pozwoli mi się oderwać. Tak się nie stało.

Książka Tarryn Fisher to historia tytułowej bohaterki. Margo poznajemy jako dziecko i już od razu wiem, że jej życie jest niesamowicie ciężkie. Jej matka nie zwraca na nią uwagi, traktuje jak służącą a jej jedynym zajęciem jest przyjmowanie mężczyzn w swojej sypialni. Matka Margo jest apatyczna, widać w niej zło, ale i też zagubienie, oderwanie od rzeczywistości i ból istnienia.

Bohaterki mieszkają w starym, zaniedbanym domu zwanym „Pożeraczem”, w dodatku w dzielnicy pełnej przestępców i narkomanów. Sama Margo próbuje walczyć o przetrwanie, choć ma mnóstwo kompleksów. Mimo ciężkiej sytuacji i osamotnienia, stara się wnieść nieco dobra do otaczającej rzeczywistości.

Życie Margo zmienia się wraz z zaginięciem kilkuletniej dziewczynki - Nvaeh. Tytułowa bohaterka stara się odnaleźć małą, pomaga jej w tym niepełnosprawny sąsiad Judah.

Czytając okładkowy opis, myślałam, że to właśnie na tych poszukiwaniach opierać się będzie cała powieść. Okazało się, że to jednak kilkustronicowy temat. Tragiczny finał poszukiwań ma jednak ogromny wpływ na historię – w Margo zachodzi nieodwracalna przemiana, a i cała powieść nabiera tempa.

Teraz właściwie toniemy w brudzie miasteczka, w zbrodniach jego mieszkańców, w ich tragicznych losach i problemach. Zagłębimy się też w psychikę bohaterów powieści. A całość to naprawdę spora dawka różnych emocji.

„Margo” to powieść, którą ogólnie oceniam pozytywnie. Jest zaskakująca, brudna, ale w całym swym smutku, realna. Kreacja bohaterki jest ciekawa, zaskakuje jej przemiana, ale i jej postępowanie staje się dla czytelnika trudne do oceny.

I cały ten obraz niszczy wątek Judah. Nie wiem co mam myśleć. Autorka chciała zszokować, zaskoczyć i namieszać w głowach czytelnikom. Według mnie coś tu się jednak nie udało. Nie da się orzec czy postać Judah jest prawdziwa czy nie. Późniejsza akcja biegnie tak, jakby nic się nie stało, nie ma wskazówek dla czytelników. Elementy układanki po prostu do siebie nie pasują.


Gdyby ten wątek pominąć, powieść nic by nie straciła…

Instagram @postronie