[Oceniam] Imperium Burz - Sarah J. Maas

/ 08 września


„Szklany tron” to seria, do której się mocno przywiązałam. To pewne, że nie jest to literatura ambitna, ale historia opowiedziana przez Maas jest niesamowicie wciągająca. I chyba nieco kobieca – to właśnie czwarty i piąty tom pokazują w szczególności.

Sarah J. Maas stworzyła serię fantasy z wielkim rozmachem. „Szklany tron” to jedna wielka przygoda i nieoczekiwane zwroty akcji. Jednak to, co zasługuje na szczególną uwagę, to kreacje kobiece w całym cyklu. I to nie tylko o Aelin tu chodzi. Oczywiście to ona jest tu główną bohaterką i zbiera całą chwałę, niemniej jednak seria pełna jest kobiet silnych, kobiet z osobowością, indywidualistek.

Mamy wiedźmę Manon – kobietę, w której ukryte jest wiele. Z pozoru bezwzględną i silną, ale gdy trzeba budzi się w niej lojalność i przywiązanie do współtowarzyszy. Jest zupełnie nowa postać – Elide, której przemianę ciągle śledzimy. To taka wisienka na torcie całej tej powieści. Niby nieśmiała, niby zagubiona, ale mająca swój urok. Oczywiście jest i Lysadra. Ta postać ciągle zaskakuje swoimi umiejętnościami, lojalnością, siłą i jednocześnie mądrością. Nową ciekawą osobowością będzie na kartach tej powieści Ansel. No i Maeve…

Wszystko to oczywiście można uznać za pewien minus powieści. To takie nieco typowe, że skoro powieść wyszła spod pióra kobiety, to właśnie one będą odgrywać w akcji największą rolę, to one będą kreowane na herosów, postaci, które zmienią wszystko. Mężczyźni są tu tłem, wsparciem dla tych silnych kobiecych osobowości, choć przyznać trzeba, że Sarah J. Maas również i w ich wypadku nie szczędziła ciekawych kreacji.

„Imperium burz” to już piąty tom serii. Widzę pewne mankamenty, zwłaszcza, że ponownie przeczytałam poprzednie tomy. Trochę rozpłynęła się postać Aelin. Brakuje nieco jej dzikości i szaleństwa, oczywiście zmienia się ona wraz z okolicznościami, ale to wcielenie Calaeny polubiłam bardziej. Akcja nieco się też rozwleka. Tych trudności i jednocześnie szczęśliwych zwrotów akcji jest za wiele, chociaż całość ratuje zakończenie piątego tomu.

Nie zmienia to jednak tego, że powieść czyta się niezwykle szybko i z ogromnym zainteresowaniem, a sama lektura to wielka przyjemność, która skutecznie odrywa od rzeczywistości.

Szkoda tylko, że na szósty tom „Wieżę świtu”, trzeba czekać aż do przyszłego roku…




„Szklany tron” to seria, do której się mocno przywiązałam. To pewne, że nie jest to literatura ambitna, ale historia opowiedziana przez Maas jest niesamowicie wciągająca. I chyba nieco kobieca – to właśnie czwarty i piąty tom pokazują w szczególności.

Sarah J. Maas stworzyła serię fantasy z wielkim rozmachem. „Szklany tron” to jedna wielka przygoda i nieoczekiwane zwroty akcji. Jednak to, co zasługuje na szczególną uwagę, to kreacje kobiece w całym cyklu. I to nie tylko o Aelin tu chodzi. Oczywiście to ona jest tu główną bohaterką i zbiera całą chwałę, niemniej jednak seria pełna jest kobiet silnych, kobiet z osobowością, indywidualistek.

Mamy wiedźmę Manon – kobietę, w której ukryte jest wiele. Z pozoru bezwzględną i silną, ale gdy trzeba budzi się w niej lojalność i przywiązanie do współtowarzyszy. Jest zupełnie nowa postać – Elide, której przemianę ciągle śledzimy. To taka wisienka na torcie całej tej powieści. Niby nieśmiała, niby zagubiona, ale mająca swój urok. Oczywiście jest i Lysadra. Ta postać ciągle zaskakuje swoimi umiejętnościami, lojalnością, siłą i jednocześnie mądrością. Nową ciekawą osobowością będzie na kartach tej powieści Ansel. No i Maeve…

Wszystko to oczywiście można uznać za pewien minus powieści. To takie nieco typowe, że skoro powieść wyszła spod pióra kobiety, to właśnie one będą odgrywać w akcji największą rolę, to one będą kreowane na herosów, postaci, które zmienią wszystko. Mężczyźni są tu tłem, wsparciem dla tych silnych kobiecych osobowości, choć przyznać trzeba, że Sarah J. Maas również i w ich wypadku nie szczędziła ciekawych kreacji.

„Imperium burz” to już piąty tom serii. Widzę pewne mankamenty, zwłaszcza, że ponownie przeczytałam poprzednie tomy. Trochę rozpłynęła się postać Aelin. Brakuje nieco jej dzikości i szaleństwa, oczywiście zmienia się ona wraz z okolicznościami, ale to wcielenie Calaeny polubiłam bardziej. Akcja nieco się też rozwleka. Tych trudności i jednocześnie szczęśliwych zwrotów akcji jest za wiele, chociaż całość ratuje zakończenie piątego tomu.

Nie zmienia to jednak tego, że powieść czyta się niezwykle szybko i z ogromnym zainteresowaniem, a sama lektura to wielka przyjemność, która skutecznie odrywa od rzeczywistości.

Szkoda tylko, że na szósty tom „Wieżę świtu”, trzeba czekać aż do przyszłego roku…


Kontynuuj czytanie


Bywają momenty, które są w naszym życiu przełomowymi. U mnie jeszcze on nie nastąpił. Niemniej jednak we wrześniu oczekuję zmian, które coś we mnie zmienią, kiedy zacznie się po prostu dziać lepiej.

I oczywiście wiele sobie obiecuję i wiele zmian chcę na dobre wprowadzić w swoje życie. A wiadomo jak to jest z planami i postanowieniami 😊

Do powrotu tutaj dojrzewam od kilku miesięcy. I dalej nie wiem czy to dobry pomysł i na ile mi to wyjdzie. Ale cóż – próbować można. Grunt to podnosić się z kolejnych porażek.
ALE

Sporo sobie obiecuję, wiele w tym miesiącu powinno się wydarzyć. I sama chcę by zmieniło się wiele. Zmiany są dobre.

I brakuje mi mojego miejsca. Takiego tylko mojego.

Może tym razem uda się zrealizować wszystkie plany. Albo przynajmniej ich część. To już będzie coś!

Masy energii wszystkim!


Co najmniej siedem książek w roku 2016 przeczytało 10 procent Polaków. Jedną – 37 procent. 63 procent Polaków nie czyta. Biblioteka Narodowa opublikowała raport czytelnictwa za ubiegły rok i w Internecie znowu poruszenie. Poruszę się i ja.

Co roku raport Biblioteki Narodowej dotyczący czytelnictwa w Polsce jest szeroko komentowany, a cały ogrom ludzi analizuje, płacze i załamuje ręce. Bo jak to tak? 63 procent Polaków nie sięgnęło po ani jedną książkę?! To przecież nic zaskakującego – raport co rok wskazuje to samo. Czemu w roku 2016 miałoby być inaczej…

Obszerny raport dostępny jest w sieci, każdy może go przeczytać. Jest tam wiele analiz, porównań i statystyk. Które są najciekawsze?

Z perspektywy czasu widać, że w latach 2004–2008 liczba deklarujących lekturę co najmniej jednej książki w ciągu roku wyraźnie spadła. O ile przed tym okresem odsetek czytelników oscylował wokół 55%, o tyle od 2008 roku wynosi około 40%. W tym samym czasie wyraźnie zmalał odsetek czytelników intensywnych, a więc takich, którzy czytali 7 i więcej książek w ciągu roku. Spadek z poziomu około 22% do około 10–11%, a więc o połowę, potwierdza, że we wskazanym okresie dokonało się istotne zmniejszenie społecznego zasięgu książki. *

Odkrywczy nie jest też fakt, że na czytelnictwo wpływa otoczenie. Miłość do książek wynosi się z domu, od rodziny, przyjaciół. Sama chyba zaczęłam czytać, bo widziałam, że ciągle robi to mój ojciec. I nie ukrywajmy – mając otoczenie, które na każde wasze wyciągnięcie książki reaguje negatywnie, nam samym odechciewa się znoszenia ciągłych „docinek”, nawet tych robionych ze uśmiechem.

Jakkolwiek czytanie książek koreluje z wykształceniem na poziomie wyższym, to nie wykształcenie jednostki, lecz jej środowisko społeczne oddziałuje pozytywnie z największą siłą – poprzez dokonującą się w rodzinie socjalizację czytelniczą, a jeszcze bardziej przez wpływ otoczenia: domowników, przyjaciół czy znajomych.

Kolejny problem – wysokie ceny książek. Coraz mniej jest też domowych bibliotek. Tu pojawią się głosy, że po co książki chomikować, lepiej np. sprzedać i w ich miejsce kupić nową.  Ale mimo wszystko domowa biblioteczka to coś pięknego i motywującego do dalszego czytania. Są też i książki w formacie cyfrowym, których na półce postawić się nie da.

Coraz więcej osób deklaruje, że nie kupuje książek, stąd coraz więcej jest takich gospodarstw domowych, w których nie ma ani jednej książki (22%). Większość domowych bibliotek składa się z mniej niż 50 tomów (64%), a takie, w których jest ich co najmniej 500, stanowią około 2%. Księgozbiory domowe funkcjonalizują się pod kątem potrzeb edukacyjnych – rośnie odsetek tych, w których znajdują się wyłącznie podręczniki i książki dla dzieci.

Jakkolwiek książki w formacie cyfrowym (e-booki, skany drukowanych książek, a także audiobooki) to bardzo niewielka część wskazanych jako czytane lub słuchane tytułów, liczba legalnie bądź nieformalnie pobranych z internetu książek, a także liczba deklarujących to osób, systematycznie rośnie.

Nie dziwi też informacja, że sięgamy po książki literatury popularnej, rozrywkowej. Czytamy to, co modne, co głośne i kontrowersyjne. I niestety – na tym poprzestajemy. A przecież to doskonała okazja do poznania nowych autorów i gatunków, poszukiwania czegoś bardziej ambitnego, czegoś, co prócz rozrywki, zaoferuje nam też wartość np. edukacyjną. Oczywiście – książki to rozrywka i sięganie po lekką literaturę nie jest niczym złym. Warto jednak od czasu do czasu sięgnąć po coś innego.

Najczęściej wymienianym autorem czytanych w 2016 roku książek był Henryk Sienkiewicz. Zaraz za nim znalazła się E. L. James z Pięćdziesięcioma twarzami Greya. Tak jak w poprzednich latach Polacy czytali przede wszystkim literaturę popularną – powieści sensacyjno-kryminalne romansowo-obyczajowe. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się książki stanowiące podstawę adaptacji filmowych. Zjawiskiem do niedawna nieznanym jest zyskiwanie masowej popularności przez nowe powieści napisane przez polskich autorów.

„Emocjonalne odrzucenie lektury”. Nie czytamy bo nie wiemy co czytać, by przyjemnie spędzić czas.  A by znaleźć to, co nas pasjonuje, potrzeba czasu i eksperymentowania.

Generalnie nieczytający to najliczniejszy segment, do którego należy prawie co drugi z naszych respondentów (48%). Są to osoby, które nawet jeśli czasem coś czytają, to robią to sporadycznie, sięgając po prasę lokalną lub tabloidy. To, co je wyróżnia, to emocjonalne odrzucenie lektury, a zwłaszcza książek. Nie czytają i nie lubią tego robić, choć pewnie czasem zdarza im się zrobić wyjątek dla jakichś książek funkcjonalnych czy autorów w stylu E. L. James lub Dan Brown.

Raport mówi, że kobiety czytają częściej. Przyznam, że nieco mnie to zaskoczyło. Mężczyzn czytających wydaje mi się, że jest jednak tylu samo co pań.

Od dawna sygnalizujemy w naszych raportach, że kobiety czytają książki częściej, robią to z większą intensywnością oraz chętniej angażują się w towarzyszące książkom interakcje społeczne (wzajemne pożyczanie, wypożyczanie z bibliotek, rozmowy o książkach i rekomendacje lekturowe).
Coraz rzadziej korzystamy też z bibliotek. Na to wpływa wiele czynników – zbiory, dostępność biblioteki, personel.

Mimo to odsetek osób korzystających z bibliotek pozostaje niewielki. W sondażu z 2016 roku zanotowaliśmy nieznaczny spadek względem badania za rok 2015, zarówno w deklaracjach dotyczących częstotliwości odwiedzin w bibliotekach, jak i w udziale książek wypożyczonych z bibliotek wśród przeczytanych przez naszych badanych pozycji. Osobiste odwiedziny w jakiejkolwiek bibliotece zadeklarowało 16% badanych, spośród których niektórzy korzystali z więcej niż jednego typu bibliotek, np. szkolnych i publicznych

Magia kina działa też na świat czytelników. Każda ekranizacja sprawia, że nawet ci, którzy książek nie czytają, sięgają po pozycje, które są w kinach. Zwłaszcza, gdy film sięga po wielotomowy tytuł książkowy. Fenomen „Pięćdziesięciu twarzy Greya” potwierdził to doskonale.

Czytelnicy chętnie wybierają nowości, tytuły, o których się mówi i które w formie ekranizacji ogląda się na wielkim ekranie. Nawet tych, którzy z książkami nie są zaprzyjaźnieni i czytają je sporadycznie, wydarzenie czytelnicze – tekst, o którym jest w ich otoczeniu głośno – potrafi zmobilizować do lektury. Dostrzegalną zmianą w obiegu książki jest pojawienie się w najszerszym obiegu także nowości wydawniczych nowych polskich autorów, czego przykładem jest twórczość Katarzyny Bondy i księdza Jana Kaczkowskiego. Najbardziej poczytne są jednak książki E. L. James i Pauli Hawkins. Literatura fantastyczna pozostaje w niszach swoich publiczności czytelniczych, najczęściej młodzieżowych, chyba że zyskuje wsparcie w postaci ekranizacji. Literatura wysokoartystyczna, znajdująca uznanie krytyków wyrażające się nagrodami i pochlebnymi recenzjami, nie przebija się do masowego obiegu.

W tym roku również załapię się do tego niewielkiego procenta społeczności, bo siedem książek w 2017 roku mam już za sobą. I nie pozostaje mi nic innego, jak czytać WIĘCEJ!

Pamiętajmy jednak, że raport to tylko statystyki. Ważne jednak, by ciągle problem nagłaśniać i co najważniejsze – zachęcać bliskich do czytania.

* Źródło cytatów: Czytelnictwo Polaków 2016 – raport Biblioteki Narodowej


Józef Ignacy Kraszewski to według mnie pisarz niedoceniony. Wspominałam o tym kilka lat wcześniej, kiedy to zupełnie przypadkiem w moje ręce wpadły Zygmuntowskie czasy. Była to powieść, która przekonała mnie, że utwory maglowane na lekcjach języka polskiego nie do końca odkrywają przed nami wspaniałość rodzimych autorów. Dlatego po nowe wydanie książki Lubonie sięgnęłam z wielką ochotą.


Do trzech razy Natalie ma być zakończeniem serii o siostrach Sucharskich. Po pożegnaniu spodziewałam się fajerwerków, a dostałam… No cóż, dalej jest to dobra powieść, ale mimo wszystko najsłabsza z całej trójki.

Małgorzatę Halber kojarzyć będą wszyscy, którzy miedzy rokiem 2000 a 2011 oglądali program muzyczny Viva. Na stacji puszczano jeszcze wtedy muzykę, nie było żadnych reality show, a prezenterzy nie tylko dobrze wyglądali, ale posiadali jakąkolwiek wiedzę o muzyce. 


To chyba jeden z lepszych stosów w mojej historii. Każdą z tych książek chcę przeczytać jak najszybciej.