[Oceniam] Małżeństwo we troje - Eric-Emmanuel Schmitt


Do Schmitta mam pewną słabość. Kilka jego książek totalnie mnie zauroczyło i ta miłość, mimo że już przekwitła, jakoś nadal się we mnie tli. Po słabych Trucicielce i Kobiecie w lustrze trudno mi pokonać obawy co do kolejnych książek tego autora. Dlatego więc do Małżeństwa we troje podchodziłam sceptycznie. I pomimo mojej sympatii do Schmitta muszę przyznać, że strach przed jego nową książką był zupełnie uzasadniony.
Schmitt niczym już nie zaskakuje. Kiedyś budził zachwyt nietypową formą (Małe zbrodnie małżeńskie) czy tematyką (Przypadek Adolfa H.). Teraz stawia na krótkie formy, których... nie lubię. Te kilka opowiadań w Małżeństwie we troje wymagało ode mnie sporo cierpliwości. I dostałam właściwie jedno, które zaspokoiło moje czytelnicze potrzeby. To zdecydowanie za mało! Pies, bo o nim mowa, to doskonałe połączenie przeszłości z teraźniejszością, wojny z pokojem. Historia przyjaźni między człowiekiem i zwierzęciem w trudnym czasie II wojny światowej, naprawdę chwyta za serce. Schmitt napisał je tak dobrze, że skutecznie zniechęcił do pozostałych opowiadań. Żadne nie mogło mu dorównać i było tylko marną namiastką pisarskich umiejętności autora.

W Małżeństwie we troje znajdziemy różnorodną tematykę. Pojawi się wątek miłości homoseksualnej, rodzicielskiej, uczucia pomiędzy kobietą i mężczyzną. Poruszona zostanie kwestia poszukiwania własnej tożsamości i trudne wybory, których bohaterowie będą musieli dokonać. Schmitt zmusi także do refleksji na temat aborcji. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie było czuć jakiegoś przymusu. Nie ma lekkości, a kontrowersyjność tematów ma raczej przyciągnąć czytelników niż pokazać kunszt pisarza. Oczywiście można docenić tą wielowątkowość Małżeństwa we troje, aktualność i reakcję na współczesne realia. Dla mnie to jednak zdecydowanie za mało.

Schmitta stać na naprawdę wspaniałe książki i ciągle przecieram oczy ze zdumienia, co też się z tym autorem dzieje. Ciągle mam w pamięci poprzednie dzieła autora i uczucia jakie we mnie wzbudzały. Brakuje mi tego! Nie zrozumcie mnie źle - Małżeństwo we troje to ciągle dobra książka. U mnie pojawia się jednak rozczarowanie powstałe na tle wcześniejszej twórczości Schmitta. 

Brakuje tu powiewu nowości. Autor chętnie wraca do utartych schematów i dzieł, które przyniosły mu sukces. Tak dzieje się w przypadku opowiadania zatytułowanego Małżeństwo we troje. Schmitt znowu porusza tu wątek Mozarta, a to już przecież było! Także ostatnie opowiadanie - Dziecko upiór budzi moje duże rozczarowanie. Wydaje mi się zbyt spłycone, nieporuszające wielu aspektów ukazanego problemu. Mamy tu bowiem małżeństwo, które starając się o dziecko, dowiaduje się o dużym obciążeniu genetycznym. Ciąża i zdrowie dziecka mogą okazać się problematyczne. Bohaterowie decydują się na aborcję, zmagają z ciężarem swej decyzji, by kilka lat później spotkać dziewczynę, która zmaga się z chorobą ich nienarodzonego dziecka. Tak trudna tematyka wymaga głębszej refleksji, zagłębienia się w ludzką psychikę. A Dziecko upiór to najkrótsze z opowiadań zawartych w zbiorze! Coś więc tu nie gra!

Małżeństwo we troje to opowiadania, które mogą nużyć - zwłaszcza osoby, które ze Schmittem zetknęły się wcześniej. Autor niczym nowym nas nie zaskakuje, a jedno dobre opowiadanie nie jest w stanie przyćmić tych słabszych. Ale dla tych, którzy Schmitta nie znają, będzie to dzieło zadowalające. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz