Firebird ponownie w akcji – „Dziesięć tysięcy słońc nad tobą”




Bywają takie serie (i to chyba niestety zbyt często), w których każda następna książka jest gorsza od swojej poprzedniczki. Jak na razie zaliczyć będę do nich musiała „Firebird” Claudii Gray.

„Dziesięć tysięcy słońc nad tobą” to drugi tom serii „Firebird”. Tych książek nie da się czytać oddzielnie, każda kolejna to następstwo poprzedniczki. Warto też czytać je w dosyć małym odstępie czasu, żeby nie umknęło nam nic istotnego. Ale to i tak nie zagwarantuje wam pełni zrozumienia oraz pewności, że wiecie o co w tej powieści chodzi. Początek drugiej części to dla mnie jakieś nieporozumienie jeśli chodzi o konstrukcję i narrację.

Dlaczego? Po pierwszych stronach upewniałam się czy na pewno sięgnęłam po dobrą książkę, a mimo tego, że sprawdziłam kolejność – wróciłam do „Tysiąca odłamków ciebie” bo po prostu nie wiedziałam o czym pisze autorka. I tu też nie znalazłam odpowiedzi. Okazuje się, że pani Gray postanowiła namieszać w kolejności zdarzeń. To, co dzieje się na początku „Dziesięciu tysięcy…” wyjaśni się dopiero za kilka stron! Totalnie nietrafiony zabieg, który gubi czytelnika! Tego nie robi się tak „małym odcinku” historii!

Marguerite Caine, główna bohaterka, w tej  części wyruszy na poszukiwanie ratunku dla swoich dwóch przyjaciół – Theo i Paula. Paul został rozszczepiony przez złowrogiego Wyatta, a Theo zmaga się z wyniszczającym działaniem narkotyku zwanego Włamywaczem. Aby uratować mężczyzn, Meg zawiera umowę z Wyattem – w odwiedzanych światach ma sabotować odkrycia swoich rodziców i po kolei zbierać odłamki duszy Paula.

To właściwie główny wątek „Dziesięciu tysięcy słońc nad tobą”. W końcówce pojawi się nowy, ale on będzie już przedmiotem trzeciej części i to w niej wypada go oceniać. Jak więc przedstawia się drugi tom historii Claudii Gray? Tak sobie. Świat powieści nie jest już w żaden sposób odkrywczy, czytelnik zna działanie Firebirda, wie o innych wszechświatach i o tym, jak zachowują się bliźniacze osobowości. Nie można więc tej powieści dać plusa za kreację rzeczywistości. Sama Meg wpada w karuzelę przemyśleń, a głównym ich tematem będzie znany już nam trójkąt miłosny. Znowu nic odkrywczego…

Samo poszukiwanie dusz Paula też nie jest jakąś porywającą historią, Meg idzie to całkiem sprawnie i właściwie w tylko jednym świecie napotyka na pewne niedogodności. Właściwie ta historia robi się nieco nudnawa – wiele nadziei pokładam w wątku, który pojawił się na końcu powieści, ale to jedynie epizod, który rozwinie się w części trzeciej. 

„Dziesięć tysięcy słońc nad tobą” to taka dosyć przeciętna powieść, wiele jest tu przypomnień z części pierwszej, akcja biegnie sprawnie, ale mimo wszystko trochę nuży. Brakuje tutaj jakiegoś mocnego akcentu, jakiegoś zaskoczenia, całkowitego przemieszania akcji. Pozostaje mieć nadzieję, że „Milion światów z tobą” będzie lepsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz