Nie oceniaj książki po okładce – „Marzyciel” Laini Taylor




Świetne oceny, wspaniała okładka, zadowoleni czytelnicy – to w skrócie to, co wiedziałam o „Marzycielu” zanim go kupiłam. Cóż, uległam temu czarowi i… się trochę zawiodłam.

„Marzyciel” autorstwa Laini Taylor ma być nieco orientalną powieścią, nieco przygodową, okraszoną magią. Miało być ciekawie, intrygująco, liczyłam, że książka ta porwie mnie już od pierwszej strony. Od pierwszej nie – dopiero po trzystu stronach zaczęło się coś dziać (sama książka ma ponad pięćset stron), a i tak nie można powiedzieć, że od tego momentu ta historia mnie całkowicie pochłonęła.

Laini Taylor opisuje przygody młodego bibliotekarza, który nie zna swoich korzeni, jest samotny, a całe swoje życie poświęca na studiowaniu podań o Niewidzialnym Mieście – osadzie legendzie, mieście, które miało wszystko – bogactwa, naukę, związanych ze sobą mieszkańców. Istna kraina szczęśliwości. Do miasta tego nie można się jednak dostać, każdy kto wyruszył na jego poszukiwanie, uznany został za zaginionego. Poza tym Niewidzialne Miasto owiane jest tajemnicą – w jego historii stało się coś, co wymazało je z pamięci ludności. Teraz traktowane jest jako legenda, coś co nie istnieje.

Zmienia się to jednak, gdy do ojczyzny Lazlo przybywają przedstawiciele Niewidzialnego Miasta, którzy poszukują chętnych do tajemniczej misji, która pomóc ma wyzwolić ich ojczyznę. Jak można się domyślić, Lazlo zrobi wszystko by poznać obiekt swoich marzeń.

I to wszystko brzmi bardzo obiecująco, gorzej wygląda to na papierze. Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy to niesamowita liczba porównań – wszystko jest jak „coś”. Włosy jak dmuchawiec, piasek jak złoto, wieże wysokie niczym góry, noc czarna jak smoła… Rozumiem, że figury stylistyczne są konieczne, ale nie w takiej ilości. W „Marzycielu” to zdecydowanie przesada, zwłaszcza, że nie pomaga to w kreacji świata, a buduje tylko ilość stron w powieści.

Sama fabuła też jest dosyć średnia. Wiele osób chętnie porzuca swoje dotychczasowe życie dla misji, o której nie wiedzą nic. Nagle decydują się na wyjazd do miasta, w które przez lata nie wierzyli, ufają obcym przybyszom i obiecują pomoc w uwolnieniu miasta. Dodam, że do misji prowadzony był casting i przeszli go tylko wyłącznie wybitni naukowcy. No i Lazlo, ale on na nieco innych zasadach.

Obok wątku Lazlo, przedstawiana jest historia szóstki młodych „bogów” uwięzionych w cytadeli. I to też opowieść bez fajerwerków. Głównie jedzą jakąś zupę bez smaku, kłócą się o duchy i zastanawiają, jak to jest się całować. Mocniej poznajemy tylko Sarai, a i tak wiele z opisów jej dotyczących bym pominęła.

Ta nijaka akcja – podróż „wybawicieli” biegnie dosyć szybko, potem kilka stron o poznawaniu miasta i całej historii (dosyć ciekawej), a w końcu zapoznanie się z istotą misji, ciągnie się aż po 300 stronę. Później jest nieco lepiej, ale i tak jakoś mnie ta historia nie porwała.

„Marzyciel” nie jest dla mnie książką, w którą włożono wielki wysiłek. Postacie są przedstawione nieco powierzchownie, akcja nie ma jakichś zwrotów akcji, wiele rzeczy można przewidzieć, brakuje też bohatera, z którym można się utożsamić. Nie ma tu też tej obiecanej bajkowości, jest za to dosyć ponuro. Magia przejawia się tylko w zdolnościach „bogów”. Do tego dochodzi nieciekawie prowadzona narracja.

„Marzyciel” to dla mnie przeciętna powieść – to historia, której potencjał zmarnowano. Zamiast zaintrygować czytelnika, zaskoczyć, autorka sili się na jakieś porównania bez znaczenia i marnuje zawartość powieści. Skoro to i tak seria, to można poświęcić więcej czasu na bohaterów, na budowanie napięcia, przedstawienie świata, na jakieś ciekawsze wątki niż pierwsze intymne doświadczenia „bogów”…

Szkoda, że nie umiem podzielić zachwytów nad tą książką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz